Anthony kiedyś zapytał Jaspera, czy ten lubił pracę dla goblinów. Jessie odpowiedział mu wtedy, że nie jest to może praca jego marzeń, ale ją lubił, mimo pracy z goblinami właśnie, które potrafiły wystawić na próbę cierpliwość nawet najcierpliwszej osoby na ziemi. Teraz jeszcze gobliny zaczęły patrzeć na niego mniej przychylnie po ich ostatniej... mało przyjemnej, ale z pewnością widowiskowej, "rozmowie" z jego matką. Jessie wciąż był młody i chociaż wciąż trwał w tym samym miejscu, to nigdy nie zadeklarował, że było to miejsce, w którym chciał pracować do końca swojej kariery. Wciąż był młody. Całe życie było jeszcze przed nim.
Na ustach znów pojawił się uśmiech, a spojrzenie uciekło na chwilę w bok, kiedy ramiona poruszyły się od cichego śmiechu.
-Nie, nie będę miał. - dlaczego miałby mieć? - I myślisz, że byłbym w stanie ją przekonać? - spytał, znów odwracając się do wuja, rozluźniając się odrobinę w wujowym objęciu. -Myślę, że mogłem stracić część przywilejów, kiedy zdecydowałem się na pracę w banku. I przyprowadzenie psa bez konsultacji z nią.
Zaledwie kilka dni temu Anthony zaproponował ściągnięcie na wyspy swojej ekipy remontowej, by naprawić ich mieszkanie. Wtedy Jessie mu nie odpowiedział, ale teraz, kiedy Anthony powiedział, że jego matka odmówiła swojemu przyjacielowi, sam chciał powiedzieć Nie trzeba. Anthony miał już nadto swojej pracy i swoich zmartwień, by jeszcze zajmować się sprowadzaniem ekipy z Hiszpanii.
Palec powoli pocierał jasne drewno różdżki schowanej pod rękawem, kiedy oczy powoli badały pomieszczenie. Odwrócił się jeszcze na chwilę, skinieniem głowy przyjmując radę Lazarusa, chociaż zachowanie ostrożności było bardzo oczywiste, nawet gdyby nie podejrzewali żadnych klątw.
-Wszystko w porządku, panie Lovegood? - spytał, przez ułamek sekundy przyglądając się Lazarusowi.
A może tylko mu się wydawało, że coś było nie tak?
-Nie, nic. - spytał powoli, marszcząc lekko nos. -I wystarczy Jessie - dodał jeszcze, nim przeszedł do drugiego korytarza, by tam sprawdzić, czy nie kłębiła się żadna niepożądana magia.
Były przypalenia, był dywan z odłamków szkła, w powietrzu wciąż wisiał ciężki zapach tragedii, ale żadnych klątw, na szczęście, nie było. Jessie nic nie wyczuł. Nie rozluźnił uścisku palców na różdżce, ale odetchnął z ulgą, bo jeszcze tylko klątwy tu brakowało. Gdyby jeszcze zobaczył tutaj jakieś krzesło, stojące tam, gdzie stać nie powinno, tego byłoby już za wiele.
-Da się ją jakoś... odnowić? - spytał, zerkając na smoczą figurkę, którą Anthony cicho opłakiwał.