18.09.2025, 20:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.09.2025, 20:55 przez Brenna Longbottom.)
Robi zakupy z Dorą
Co jakiś czas niemal odruchowo kładła dłoń na ramieniu Dory albo otaczała ramieniem jej talię, jakby chciała się upewnić, że ta jest obok albo przed czymś ochronić – choć przecież nie było widać w pobliżu żadnego zagrożenia. I próbowała zwalczyć ten impuls, ale powtórzyła gest przynajmniej kilka razy. Głupie wyjście na targowisko było dla niej jak moment pewnego rozdarcia, bo i powinna tu zabrać Dorę, i nie powinna: jakkolwiek głupio to nie brzmiało.
A gdy Dora spytała o kształt bombki, Brenna na krótki moment zacisnęła powieki. Ognisty ptak, zasiadający na gałęzi, zatańczył przed oczyma jej wyobraźni, i zdawał się z niej śmiać. Niespełnione życzenie i symbol powstawania z popiołów, odrodzenia i nadziei.
– Feniksa – powiedziała krótko, otwierając oczy, a potem spojrzała na Dorę z jakąś troską. Nic dziwnego, że potrzebowała nowego płaszcza, skoro tyle jej rzeczy spłonęło. Brenna i tak miała szczęście: w sierpniu przeniosła dużo do Księżycowego Stawu i jeszcze więcej do mieszkania w Londynie, choć więc ogień zabrał sporo ubrań, pamiątek i rzeczy osobistych, nie straciła wszystkiego. Choć akurat ocalały w przeważającej mierze rzeczy na lato i na sam początek jesieni, bo w końcu te przenosiła w pierwszej kolejności. – Potrzeba ci czegoś jeszcze, czego nie ma w domu? I nie, chcę kupić trochę świec, ale tylko kilka, bo Nora ma przygotować parę zestawów, na bezsenność i do rytuałów. Poza tym mama prosiła o suszone jabłka na dzisiejszą kolację i trochę przypraw – stwierdziła, skierowując się do stanowiska, na którym mignęły jej płaszcze.
– Niektóre mają magiczne efekty – zachęcił sprzedawca, być może dlatego, że tego dnia na targowisku krążyło znacznie mniej osób niż zwykle. – Najlepsze materiały, doskonale układają się na ciele.
– Podobają ci się? – spytała Dory, sięgając ku jednej z kilku zielonych peleryn, wyszywanych w kolorowe liście. Materiał wydawał się szorstki w dotyku, ale hafty wyglądały całkiem ładnie, podobnie jak nasycone barwy.
Co jakiś czas niemal odruchowo kładła dłoń na ramieniu Dory albo otaczała ramieniem jej talię, jakby chciała się upewnić, że ta jest obok albo przed czymś ochronić – choć przecież nie było widać w pobliżu żadnego zagrożenia. I próbowała zwalczyć ten impuls, ale powtórzyła gest przynajmniej kilka razy. Głupie wyjście na targowisko było dla niej jak moment pewnego rozdarcia, bo i powinna tu zabrać Dorę, i nie powinna: jakkolwiek głupio to nie brzmiało.
A gdy Dora spytała o kształt bombki, Brenna na krótki moment zacisnęła powieki. Ognisty ptak, zasiadający na gałęzi, zatańczył przed oczyma jej wyobraźni, i zdawał się z niej śmiać. Niespełnione życzenie i symbol powstawania z popiołów, odrodzenia i nadziei.
– Feniksa – powiedziała krótko, otwierając oczy, a potem spojrzała na Dorę z jakąś troską. Nic dziwnego, że potrzebowała nowego płaszcza, skoro tyle jej rzeczy spłonęło. Brenna i tak miała szczęście: w sierpniu przeniosła dużo do Księżycowego Stawu i jeszcze więcej do mieszkania w Londynie, choć więc ogień zabrał sporo ubrań, pamiątek i rzeczy osobistych, nie straciła wszystkiego. Choć akurat ocalały w przeważającej mierze rzeczy na lato i na sam początek jesieni, bo w końcu te przenosiła w pierwszej kolejności. – Potrzeba ci czegoś jeszcze, czego nie ma w domu? I nie, chcę kupić trochę świec, ale tylko kilka, bo Nora ma przygotować parę zestawów, na bezsenność i do rytuałów. Poza tym mama prosiła o suszone jabłka na dzisiejszą kolację i trochę przypraw – stwierdziła, skierowując się do stanowiska, na którym mignęły jej płaszcze.
– Niektóre mają magiczne efekty – zachęcił sprzedawca, być może dlatego, że tego dnia na targowisku krążyło znacznie mniej osób niż zwykle. – Najlepsze materiały, doskonale układają się na ciele.
– Podobają ci się? – spytała Dory, sięgając ku jednej z kilku zielonych peleryn, wyszywanych w kolorowe liście. Materiał wydawał się szorstki w dotyku, ale hafty wyglądały całkiem ładnie, podobnie jak nasycone barwy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.