19.09.2025, 22:49 ✶
Z Dorą, kupują owoce.
– Pewnie. Albo spróbuję coś kupić w Hogsmeade. Tam… życie wydaje się prawie normalne. Warsztaty, materiały i tak dalej, wszystko stoi.
Bo ogień nie sięgnął Szkocji? A może Voldemort nie odważyłby się działać tak blisko Albusa? Podobno Dumbledore był jedynym, którego ten się obawiał – i chociaż Albus na co dzień wydawał się nieszkodliwym panem w starszym już wieku, bywały momenty, gdy Brenna była w stanie to zrozumieć.
Zdjęła nową pelerynę, by przepakowano ją do torby, póki co zadowalając się dotychczasowym płaszczem, i u boku Dory przeszła do sąsiedniego straganu, pochylając ku niej lekko głowę, by lepiej słyszeć, co mówiła. Nie było tu może tłumów – i porównanie z zeszłorocznym sabatem zdawało się niemal bolesne – ale i tak panował pewien gwar.
– Sprawdzali te owoce? Wiesz, badacze? – spytała, z pewną ostrożnością, bo popiół, który spadał z nieba, bez wątpienia był magiczny, w sumie to zdaniem uzdrowicieli omal jej nie udusił i do dziś sprawiał, że Brenna niekiedy miewała ataki kaszlu, mimo tego, że grzecznie przyjmowała eliksiry i nie wierzyła w te bzdurne leczenia dziwnymi amuletami. – Nie chciałabym, żeby potem z tych owoców wyrosło jakieś… niesamowite drzewo zagłady albo coś.
Lub żeby się okazało, że ktoś się otruje. Albo że czarna magia przejmie nad nim kontrolę. Brenna wpadała chyba w coraz większą paranoję, co przyznała sama przed sobą, choć tylko w myślach i skwitowała tę konkluzję westchnieniem. Ale uznała, że nie zaszkodzi kupić takich owoców: choćby po to, by Nora i Dora mogły je obejrzeć, niezależnie od tego, czy Brenna postanowi przetestować ich niezwykłe właściwości na sobie.
– Dwa zestawy świec do rytuałów, jeden na bezsenność… i te jabłka są w jakiś sposób magiczne? Aaa, i ma pan może takie zwykłe, suszone? – spytała, wskazując owoce, o których wcześniej wspomniała Dora, a potem wysupłała sakiewkę, żeby zapłacić za wszystkie rzeczy, po czym wrzuciła je do torby razem z szatą. – Przyprawy i możemy się zbierać podrzucić te dary, a potem na kolację.
– Pewnie. Albo spróbuję coś kupić w Hogsmeade. Tam… życie wydaje się prawie normalne. Warsztaty, materiały i tak dalej, wszystko stoi.
Bo ogień nie sięgnął Szkocji? A może Voldemort nie odważyłby się działać tak blisko Albusa? Podobno Dumbledore był jedynym, którego ten się obawiał – i chociaż Albus na co dzień wydawał się nieszkodliwym panem w starszym już wieku, bywały momenty, gdy Brenna była w stanie to zrozumieć.
Zdjęła nową pelerynę, by przepakowano ją do torby, póki co zadowalając się dotychczasowym płaszczem, i u boku Dory przeszła do sąsiedniego straganu, pochylając ku niej lekko głowę, by lepiej słyszeć, co mówiła. Nie było tu może tłumów – i porównanie z zeszłorocznym sabatem zdawało się niemal bolesne – ale i tak panował pewien gwar.
– Sprawdzali te owoce? Wiesz, badacze? – spytała, z pewną ostrożnością, bo popiół, który spadał z nieba, bez wątpienia był magiczny, w sumie to zdaniem uzdrowicieli omal jej nie udusił i do dziś sprawiał, że Brenna niekiedy miewała ataki kaszlu, mimo tego, że grzecznie przyjmowała eliksiry i nie wierzyła w te bzdurne leczenia dziwnymi amuletami. – Nie chciałabym, żeby potem z tych owoców wyrosło jakieś… niesamowite drzewo zagłady albo coś.
Lub żeby się okazało, że ktoś się otruje. Albo że czarna magia przejmie nad nim kontrolę. Brenna wpadała chyba w coraz większą paranoję, co przyznała sama przed sobą, choć tylko w myślach i skwitowała tę konkluzję westchnieniem. Ale uznała, że nie zaszkodzi kupić takich owoców: choćby po to, by Nora i Dora mogły je obejrzeć, niezależnie od tego, czy Brenna postanowi przetestować ich niezwykłe właściwości na sobie.
– Dwa zestawy świec do rytuałów, jeden na bezsenność… i te jabłka są w jakiś sposób magiczne? Aaa, i ma pan może takie zwykłe, suszone? – spytała, wskazując owoce, o których wcześniej wspomniała Dora, a potem wysupłała sakiewkę, żeby zapłacić za wszystkie rzeczy, po czym wrzuciła je do torby razem z szatą. – Przyprawy i możemy się zbierać podrzucić te dary, a potem na kolację.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.