20.09.2025, 23:30 ✶
Miał puścić Anthony'ego, ale on sam się wywinął. Miał się cofnąć, ale on złapał go i… I nagle ponownie znalazł się na łóżku. I nagle ponownie Anthony był tak blisko.
Jonathan wpatrywał się w drugiego mężczyznę, tak bardzo żałując, że nie mógł teraz zajrzeć do jego aury i nici, by upewnić się w tym, że to gniewne syczenie rzeczywiście maskowało zupełnie inne emocje. Zwłaszcza że widział je tak wyraźnie, jakby Anthony'ego otoczyły odpowiednie kolory, ale przecież jeśli to byłaby prawda to… Czym było to przerażenie? Jaka była odpowiedź na to jedno wciąż niezadane pytanie?
Nie umiem ci obiecać, że moje uczucia nie wykroczą zaraz poza przyjaźń, jeśli jeszcze chwilę tak pobędziemy, bo już teraz jawi mi się to jako piękny pomysł.
Co by się stało, gdyby tego nie powiedział? Czy naprawdę musiał to powiedzieć? Jeszcze chwilę temu wyrzucał sobie te słowa, ale teraz mogło się okazać, że nie były one takie głupie.
Anthony mówił tym swoim władczym tonem, co nie pomagało mu się uspokoić, i domagał się przestrzeni, jednocześnie coraz bardziej zbliżając się do niego, co tym bardziej nie pomagało mu się uspokoić.
Raz, dwa, trzy. Jesteś spokojny. Myśl o zimnie.
Nie pomogło.
Jego ciało płonęło podsycane przez tę noc, własne myśli, a najbardziej przez obecną chwilę, która rozpalała wszystko jeszcze bardziej niż myślał, że było to możliwe.
Raz, dwa, trzy. Wdech. Wydech. To twój przyjaciel. Nie chcesz go stracić.
Anthony nie pomagał. Anthony wprowadzał do tego wszystkiego jeszcze więcej chaosu, niż ten, który już i tak wywoływał swoją osobą i wszystkim wspaniałym co się z nią wiązało. Anthony Shafiq. Ten sam który kiedyś wkradł się do jego młodzieńczego serca między innymi również swoją niesamowitą stanowczością, mówił mu właśnie o tym, że powinien już iść, nie ruszając się ani o krok. I kto tu teraz kogo testował?
Raz, dwa, trzy. Nie patrz na jego usta. Myśl o czymś innym. Prosił, abyś przestał.
– Teraz? – wyszeptał, skupiając spojrzenie na szarych tęczówkach. Teraz… A za godzinę? Dzisiaj? Jutro? Pojutrze? Za tydzień? Czym było teraz w tej sytuacji? A czy teraz to był odpowiedni czas na dalszą rozmowę, czy teraz należało po prostu iść. Czemu teraz ciężar ciała Anthony'ego był tak palący? Czy przekroczy tę granicę, jeśli teraz dotknie palcami ust drugiego czarodzieja?
Nie ruszył się z miejsca.
– Nie chciałem cię przestraszyć – powiedział, całą swoją siłę wkładając w to aby bezwiednie go nie dotknąć. – Może przesadziłem w moich słowach, ale w mojej głowie jest chaos i mam nadzieję, że w twojej teraz też, bo naprawdę nie chcę być w tym sam.
Raz, dwa, trzy. Myśl o śniegu. Chłodzie. Nie patrz na usta. Na język oblizujący wargi. Nie myśl o możliwych scenariuszach. To nie teatr. To życie. Nie możesz go stracić. Zabroniłeś to sobie, bo jeśli go stracisz, już nigdy te oczy nie będą na ciebie patrzyły w taki sposób. Ani ten, ani żaden inny.
Jonathan wpatrywał się w drugiego mężczyznę, tak bardzo żałując, że nie mógł teraz zajrzeć do jego aury i nici, by upewnić się w tym, że to gniewne syczenie rzeczywiście maskowało zupełnie inne emocje. Zwłaszcza że widział je tak wyraźnie, jakby Anthony'ego otoczyły odpowiednie kolory, ale przecież jeśli to byłaby prawda to… Czym było to przerażenie? Jaka była odpowiedź na to jedno wciąż niezadane pytanie?
Nie umiem ci obiecać, że moje uczucia nie wykroczą zaraz poza przyjaźń, jeśli jeszcze chwilę tak pobędziemy, bo już teraz jawi mi się to jako piękny pomysł.
Co by się stało, gdyby tego nie powiedział? Czy naprawdę musiał to powiedzieć? Jeszcze chwilę temu wyrzucał sobie te słowa, ale teraz mogło się okazać, że nie były one takie głupie.
Anthony mówił tym swoim władczym tonem, co nie pomagało mu się uspokoić, i domagał się przestrzeni, jednocześnie coraz bardziej zbliżając się do niego, co tym bardziej nie pomagało mu się uspokoić.
Raz, dwa, trzy. Jesteś spokojny. Myśl o zimnie.
Nie pomogło.
Jego ciało płonęło podsycane przez tę noc, własne myśli, a najbardziej przez obecną chwilę, która rozpalała wszystko jeszcze bardziej niż myślał, że było to możliwe.
Raz, dwa, trzy. Wdech. Wydech. To twój przyjaciel. Nie chcesz go stracić.
Anthony nie pomagał. Anthony wprowadzał do tego wszystkiego jeszcze więcej chaosu, niż ten, który już i tak wywoływał swoją osobą i wszystkim wspaniałym co się z nią wiązało. Anthony Shafiq. Ten sam który kiedyś wkradł się do jego młodzieńczego serca między innymi również swoją niesamowitą stanowczością, mówił mu właśnie o tym, że powinien już iść, nie ruszając się ani o krok. I kto tu teraz kogo testował?
Raz, dwa, trzy. Nie patrz na jego usta. Myśl o czymś innym. Prosił, abyś przestał.
– Teraz? – wyszeptał, skupiając spojrzenie na szarych tęczówkach. Teraz… A za godzinę? Dzisiaj? Jutro? Pojutrze? Za tydzień? Czym było teraz w tej sytuacji? A czy teraz to był odpowiedni czas na dalszą rozmowę, czy teraz należało po prostu iść. Czemu teraz ciężar ciała Anthony'ego był tak palący? Czy przekroczy tę granicę, jeśli teraz dotknie palcami ust drugiego czarodzieja?
Nie ruszył się z miejsca.
– Nie chciałem cię przestraszyć – powiedział, całą swoją siłę wkładając w to aby bezwiednie go nie dotknąć. – Może przesadziłem w moich słowach, ale w mojej głowie jest chaos i mam nadzieję, że w twojej teraz też, bo naprawdę nie chcę być w tym sam.
Raz, dwa, trzy. Myśl o śniegu. Chłodzie. Nie patrz na usta. Na język oblizujący wargi. Nie myśl o możliwych scenariuszach. To nie teatr. To życie. Nie możesz go stracić. Zabroniłeś to sobie, bo jeśli go stracisz, już nigdy te oczy nie będą na ciebie patrzyły w taki sposób. Ani ten, ani żaden inny.