21.09.2025, 12:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2025, 17:59 przez Lazarus Lovegood.)

suszony owoc
słodka pamiątka lata
ciemność ciemność ciem-
Mabon symbolizowało historycznie ostatni moment, kiedy światło triumfowało nad mrokiem nocy.
Ostatni moment, kiedy dni miały szansę być raczej ciepłe i przyjazne, niż jakby ukradkiem wykradzione spomiędzy coraz dłuższych nocy.
Ostatni moment, kiedy spiżarnie były pełne.
Ludzie w kulturach kształtowanych przez cykl czterech pór roku od zawsze potrzebowali tego symbolicznego pożegnania z bezpieczną obfitością lata.
W tym roku spokój i pewność jutra zostały im wyrwane z rąk dwa tygodnie wcześniej.
Lazarus wędrował pomiędzy skromnie zaopatrzonymi straganami - nie dysponował dokładnymi liczbami, ale wydawało się, że jest ich mniej, niż w zeszłym roku - i rozmyślał. Ludzi też było jakby mniej. To akurat dobrze, z jego punktu widzenia.
Od dziecka lubił świąteczne kiermasze.
Albo może raczej lubił ideę świątecznych kiermaszy. Zwykle półgodzinny spacer między stoiskami - wąskie przejścia, tłoczący się ludzie, ich przemieszane głosy ze wszystkich stron - kosztował go przynajmniej dwie godziny spędzone w samotności i ciszy własnego pokoju, a potem mieszkania, zanim z powrotem poczuł się gotowy na interakcje społeczne.
Z obiektywnego, czasowego punktu widzenia, całkiem nieopłacalna wymiana. Ale jednak… jesień wydawała się bez tego niekompletna.
Jego wzrok prześlizgnął się po miękkich, ciężkich zimowych pelerynach i rękawicach, na które i tak raczej nie było go stać - pensja w OMSHM była lepsza, niż w urzędzie celnym, ale raz, że jeszcze nie dostał pierwszej wypłaty, a dwa, że na chwilę obecną nie miał żadnej poduszki finansowej, więc ekstrawaganckie zakupy byłyby w najwyższym stopniu nierozważne.
Potrzebował prezentów na Yule dla matki i dla najbliższych przyjaciół, a także na mugolskie Boże Narodzenie dla ojca - coś przydatnego, ale niezbyt czarodziejskiego w swej naturze. Może zestaw jakichś łagodnie magicznych, bezpiecznych przypraw i butelka grzanego wina od Abbottów - jeżeli będą w ogóle dostępne po tym, co się stało. Ciekawe, czy Chateau des Dragones wypuszcza jakąś korzenną edycję na zimę…
Zatrzymał się przy stoisku zdecydowanie pełniejszym owoców, niż butelek. Suszone i świeże, zebrane wcześniej tego lata, nęciły oko i przypominały Lazarusowi, że nie jadł jeszcze obiadu. Owoce były bezpieczne. Miały znajomą, w miarę stałą konsystencję, słodki smak, żadnych niespodziewanie tłustych albo skórzastych fragmentów.
- Polecam, dobre, tegoroczne jabłuszka! A może cydr dla szanownego pana? - zaczepił go jowialny sprzedawca. Lovegood zamarł na sekundę nad towarami, przecież nie był zdecydowany, jak tak można, ale zaraz podniósł na mężczyznę uważny wzrok.
- Poproszę… jabłka. Słodkie. Sześć - powiedział, aby kupić sobie trochę czasu na dalsze decyzje - I czy… ma pan jakieś wino… dobre do grzania?
Kiedy sprzedawca energicznie zakręcił się po swoim jabłczanym królestwie, prawdopodobnie szczęśliwy z zainteresowania klienta, Lazarus zauważył kilka koszyczków pełnych… czegoś. Z ciekawością podniósł jeden z nich do oczu - małe, czarne i pomarszczone… owoce? Gdyby owoce mogły zostać mumiami, tak właśnie by wyglądały. Technicznie rzecz biorąc, suszone owoce były mumiami. Nawet wnętrzności miały usunięte, jeżeli były drylowane.
- Ach, to! - czarodziej za ladą przerwał jego rozważania - To są owocki. Uratowane z… pożarów. No wie pan - najwyraźniej wahał się przed nazwaniem Spalonej Nocy po imieniu.
- I można je… jeść?
- Tak, nawet polecam! Wie pan, okazuje się, że one są dobre na bezsenność. Jeden taki owoc i śpi pan jak dziecko, moja córa po tych… no, spać nie mogła, a jak żona spróbowała z tego kompotu nagotować, żeby chociaż na coś się przydały… - straganiarz rozgadał się, a Lazarus powąchał owocowe mumie. Pachniały dymem, ale inaczej, niż jego mieszkanie. Przyjemnie. Ciepło. A jeśli jeszcze pomagały zasnąć…
- To poproszę taki koszyczek do tego - oznajmił.
Obciążony swoją pierwszą paczką z zakupami ruszył dalej. Szacował, że powinno starczyć mu energii na obejście jeszcze jednej alejki, może dwóch, jeżeli nie trafi się żadne płaczące dziecko ani kolejkowa kłótnia.