21.09.2025, 20:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2025, 20:28 przez Gabriel Montbel.)
Choć nie oddychał to niespieszny wydech połączony z wdzięcznym mruknięciem rozwibrował mu gardziel, gdy tylko gałęzie wplotły się w jego istnienie, gdy opuszki dotknęły skóry głowy. Był mistrzem magii zauroczeń, siał ziarna słodkich obietnic na żyzny grunt niechronionych głów, ale nie było dla niego słodszej magii, niż bezinteresowność dotyku, okryta płatkami łagodnej kobiecej prezencji. Mężczyźni oczywiście nie odbiegali od spektrum jego zainteresowań, jak gałęzie tak przyjemni do łamania w dłoni, ale to kobiety wraz z całą swoją fizjonomią o wiele bardziej przypominały mu kwiaty wypełnione słodkim, odurzającym nektarem.
Mówiła coś, ale treść tego wywodu umykała wrażeniem, czuciem, przyjemnością płynącą z chłodnej akceptacji jego istnienia w swoim otoczeniu. Śmierć, nawet oszukana. Los, rozbawionymi oczyma podejrzany. Sen, nigdy nie uświadczony. Głód...
Nie był głodny, nie chciał wgryźć się w miękką korę jej ciała, nie chciał tych róż podlewać krwią, przeczuwając, jak łapczywie wchłonęłyby posokę zmieniając się, plugawiąc, współdzieląc jego pragnienie. Będąc jego pragnieniem.
Krzaki odrodzą się. W to nie wątpił. Zbyt wiele lat, zbyt wiele energii płynącej nie od Matki wcale, a bóstwa odleglejszego, starszego, o wiele, wiele mniej opiekuńczego.
Chciał coś powiedzieć, ale trudno mu było uformować inne słowa niż jeszcze albo nie przestawaj, więc nie mówił wcale, pozwalając ciału mówić za niego. Czas płynął sennie, łaskotał ich krzywizną strużki kadzidlanego dymu, okultystycznego połączenia dwójki osób, które o okultyzmie miały biegunowo odległe pojęcie.
Dopiero gdy się zerwała, ta mała sroka złodziejka, gdy jak liść sfrunęła z poręczy ławki ku ziemi, pozwolił sobie na pomruk irytacji ale i rozbawienia.
–Cóż jeszcze przyniesiesz mi Tajemniczy Ogrodzie? – zanucił dźwigając swoje nieumarłe ciało. W dłoniach wciąż trzymał talię i... cóż, był ciekaw. Wyciągnął jedną z głębiej zakopanych kart.
Uśmiechnięty mężczyzna otoczony połyskującymi różami. W oryginale to chyba były statuetki? Nie. Kielichy. Radość. Szczęście. Prostota. Parszywa satysfakcja z życia.
Zaśmiał się pod nosem, dołeczki ozdobiły uśmiech, jak gwiazdy poza miastem potrafiły komplementować księżyc.
– Nie jest to widok, który nie sprawiłby mi przyjemności âme verte. Twoje kroki prawie jak taniec. Wciąż się waham, czy więcej w Tobie zjawy, czy esencji życia. – Ręce nieco bezczelnie ukrył w kieszeniach, nie przeszkadzał jej kopać, bo i czemu miałby. Każdy miał swoją naturę za którą podążał. On lubił wgryzać się w tkanki. Ona najwidoczniej lubiła czynić to ziemi.
Mówiła coś, ale treść tego wywodu umykała wrażeniem, czuciem, przyjemnością płynącą z chłodnej akceptacji jego istnienia w swoim otoczeniu. Śmierć, nawet oszukana. Los, rozbawionymi oczyma podejrzany. Sen, nigdy nie uświadczony. Głód...
Nie był głodny, nie chciał wgryźć się w miękką korę jej ciała, nie chciał tych róż podlewać krwią, przeczuwając, jak łapczywie wchłonęłyby posokę zmieniając się, plugawiąc, współdzieląc jego pragnienie. Będąc jego pragnieniem.
Krzaki odrodzą się. W to nie wątpił. Zbyt wiele lat, zbyt wiele energii płynącej nie od Matki wcale, a bóstwa odleglejszego, starszego, o wiele, wiele mniej opiekuńczego.
Chciał coś powiedzieć, ale trudno mu było uformować inne słowa niż jeszcze albo nie przestawaj, więc nie mówił wcale, pozwalając ciału mówić za niego. Czas płynął sennie, łaskotał ich krzywizną strużki kadzidlanego dymu, okultystycznego połączenia dwójki osób, które o okultyzmie miały biegunowo odległe pojęcie.
Dopiero gdy się zerwała, ta mała sroka złodziejka, gdy jak liść sfrunęła z poręczy ławki ku ziemi, pozwolił sobie na pomruk irytacji ale i rozbawienia.
–Cóż jeszcze przyniesiesz mi Tajemniczy Ogrodzie? – zanucił dźwigając swoje nieumarłe ciało. W dłoniach wciąż trzymał talię i... cóż, był ciekaw. Wyciągnął jedną z głębiej zakopanych kart.
Rzut Tarot 1d78 - 42
Dziewiątka Pucharów
Dziewiątka Pucharów
Uśmiechnięty mężczyzna otoczony połyskującymi różami. W oryginale to chyba były statuetki? Nie. Kielichy. Radość. Szczęście. Prostota. Parszywa satysfakcja z życia.
Zaśmiał się pod nosem, dołeczki ozdobiły uśmiech, jak gwiazdy poza miastem potrafiły komplementować księżyc.
– Nie jest to widok, który nie sprawiłby mi przyjemności âme verte. Twoje kroki prawie jak taniec. Wciąż się waham, czy więcej w Tobie zjawy, czy esencji życia. – Ręce nieco bezczelnie ukrył w kieszeniach, nie przeszkadzał jej kopać, bo i czemu miałby. Każdy miał swoją naturę za którą podążał. On lubił wgryzać się w tkanki. Ona najwidoczniej lubiła czynić to ziemi.