22.09.2025, 11:08 ✶
Gdzieś tak pomiędzy czułymi słowami Anthony'ego, pocałunkami, zarówno tymi otrzymanymi, jak i odwzajemnionymi, a także wszystkim co się jeszcze działo, Jonathan zapomniał, że na świecie liczyło się coś więcej, niż tylko ta chwila.
Dotyk Tony'ego był miększy, niż śnieżnobiała pościel, na której właśnie leżał, gdy ich usta tańczyły po skórze, raz po raz spotykając się ze sobą.
– Tylko…. Jeden? Dobrze… Już… Się bałem… Że… Przytakniesz… – Jego palce ześlizgnęły się z guzików, gdy ciało Anthony'ego powędrowało do góry, a on zatopił się w tym doznaniu. Nie rozepnie tej przeklętej koszuli. Anthony za bardzo go rozpraszał. Trudno. Na razie mógł skupić się na tym, co było odsłonięte. – Temu… Mojemu… Niefortunnemu… Sformułowaniu.
Nogi, chociaż stawały się coraz miększe, zacisnęły się jeszcze mocniej. Dłoń wreszcie znalazła inną drogę pod koszulę, a palce wczepiły się rozgrzaną skórę, gdy kolejny pocałunek złączył ich usta i…
Opaść mogło wiele rzeczy.
Anthony na niego.
On na Anthony'ego.
Koszula na podłogę.
Spodnie, bielizna, kołdra, wszystko.
Szkoda tylko, że w tym wszystkim również chętne do opadnięcia było łóżko.
Trzask.
Wolna dłoń Selwyna, mocniej oplotła drugiego mężczyznę, gdy nastąpił upadek. Zamrugał i spojrzał na niego zaskoczony. A przecież… Przecież łóżko przestało trzeszczeć. Gdzieś tak w momencie, w którym po raz pierwszy zahaczył ustami o szyję Tony'ego, nie orientując się nawet jak ironiczny był to gest dla jego sytuacji. A może trzeszczenie nie zniknęło, a po prostu on przestał je słyszeć?
Tak. To też było możliwe.
Dołączył do śmiechu Anthony'ego.
Merlinie, Anthony tak pięknie się śmiał.
Dalej wesoły sam wygramoli się z łóżka, nie zakładając góry od piżamy bo musiał przecież i tak się ubrać.
– Nie mogę narzekać na dzisiejszą rozrywkę – powiedział, podchodząc do niego, aby ułożyć mu włosy, które sam przecież poczochrał. – Jeśli chcesz mogę szybko się ubrać, wyskoczyć z okna, wejść tutaj normalnie, gdy już będzie gospodyni i udać wielkie zdziwienie, aby zatuszować dowody zbrodni – zażartował.
Oddech powoli wrócił do normalności, chociaż nie, nie do końca do normalności, bo oddychało mu się znacznie lepiej niż wcześniej. Tak lekko. Jakby z każdym oddechem, do jego organizmu dostawało się więcej szczęścia.
Dotyk Tony'ego był miększy, niż śnieżnobiała pościel, na której właśnie leżał, gdy ich usta tańczyły po skórze, raz po raz spotykając się ze sobą.
– Tylko…. Jeden? Dobrze… Już… Się bałem… Że… Przytakniesz… – Jego palce ześlizgnęły się z guzików, gdy ciało Anthony'ego powędrowało do góry, a on zatopił się w tym doznaniu. Nie rozepnie tej przeklętej koszuli. Anthony za bardzo go rozpraszał. Trudno. Na razie mógł skupić się na tym, co było odsłonięte. – Temu… Mojemu… Niefortunnemu… Sformułowaniu.
Nogi, chociaż stawały się coraz miększe, zacisnęły się jeszcze mocniej. Dłoń wreszcie znalazła inną drogę pod koszulę, a palce wczepiły się rozgrzaną skórę, gdy kolejny pocałunek złączył ich usta i…
Opaść mogło wiele rzeczy.
Anthony na niego.
On na Anthony'ego.
Koszula na podłogę.
Spodnie, bielizna, kołdra, wszystko.
Szkoda tylko, że w tym wszystkim również chętne do opadnięcia było łóżko.
Trzask.
Wolna dłoń Selwyna, mocniej oplotła drugiego mężczyznę, gdy nastąpił upadek. Zamrugał i spojrzał na niego zaskoczony. A przecież… Przecież łóżko przestało trzeszczeć. Gdzieś tak w momencie, w którym po raz pierwszy zahaczył ustami o szyję Tony'ego, nie orientując się nawet jak ironiczny był to gest dla jego sytuacji. A może trzeszczenie nie zniknęło, a po prostu on przestał je słyszeć?
Tak. To też było możliwe.
Dołączył do śmiechu Anthony'ego.
Merlinie, Anthony tak pięknie się śmiał.
Dalej wesoły sam wygramoli się z łóżka, nie zakładając góry od piżamy bo musiał przecież i tak się ubrać.
– Nie mogę narzekać na dzisiejszą rozrywkę – powiedział, podchodząc do niego, aby ułożyć mu włosy, które sam przecież poczochrał. – Jeśli chcesz mogę szybko się ubrać, wyskoczyć z okna, wejść tutaj normalnie, gdy już będzie gospodyni i udać wielkie zdziwienie, aby zatuszować dowody zbrodni – zażartował.
Oddech powoli wrócił do normalności, chociaż nie, nie do końca do normalności, bo oddychało mu się znacznie lepiej niż wcześniej. Tak lekko. Jakby z każdym oddechem, do jego organizmu dostawało się więcej szczęścia.