22.09.2025, 15:42 ✶
Zasłużyć?
Jej śmiech, soczysty, ociekający lepkim brzoskwiniowym sokiem śmiech wypełnił przestrzeń na jego tekst, który w żadnej mierze nie powinien jej nakręcać, ale o to miał za swoje - Miles w bardzo psotnym nastroju, który w pewien sposób realizował cel rozmowy, niekoniecznie wytyczonym szlakiem.
Dziewczyna bowiem wspięła się na niego, dosiadła jak wierzchowca, choć alkoholu było za mało w żyłach by usprawiedliwić to pijaństwem. Oboje jednak mimo kaca pozostawali młodzi i całkiem chętni, może przed momentem chciała najpierw śniadanie, ale nie widziała problemu by zacząć posiłek od deseru.
Szczupłą ręką odgarnęła czarne jak krucze skrzydło włosy, które skołtunione oblepiały jej spoconą nocą skórę. Nie było to ani piękne, ani romantyczne, ale miało w sobie ten posmak dzikości, atawistycznego instynktu, przyjemności, która skoro wydarzyła się wcześniej, mogła wydarzyć się znów.
Złociste oczy spojrzały nań z góry, z drapieżnością, z błąkającym się po szczupłej twarzy uśmiechem osoby, która zapomniała na moment kim jest i jeszcze nie musiała sobie przypominać.
A potem padło jej nazwisko i ów uśmiech zastygł w bezruchu, choć jego towarzyszka najwidoczniej nie zamierzała zmieniać swojej pozycji. Przynajmniej nie na razie. Zamiast tego jej oczy zwęziły się w zastanowieniu, ześlizgując się po przystojnej twarzy, która wczoraj nie miała żadnego znaczenia, ale dziś mózg utkwiony za tą twarzą z jakiś powodów wiedział z jakiej rodziny pochodzi.
– Jesteś czarodziejem? – podobnie jak jego pytanie, tak i jej bardziej przypominało stwierdzenie. Moodych było jak szczurów w Londynie, podobnie jak ich gniazd, czy mieszkań jak je zwali. Ludzie bardziej kojarzyli ich z psami, bo niemal każdy przedstawiciel familii nosił odznakę. Aurora czy brygadzisty czy kogokolwiek innego tropiącego bandytów.
Problem polegał na tym, że Miles nie miała pamięci do twarzy, nawet jeśli mrużyła ślepia, nawet jeśli przysunęła się trochę by przyjrzeć się bliżej (co nic nie zmieniało). – Przymknęłam Cię ostatnio? – spróbowała trafić, gdy już przekartkowała listę stażystów, którym uprzykrzała życie łagodną falą ostrego wpierdolu ze strony starszej koleżanki i nie znalazła tam takiego pięknisia. Coś jednak jej majaczyło w głowie, choć być może to było przekonanie, że zapamięłaby takiego słodziaka w każdych warunkach.
– Nieee... miałbyś ślady po magicznych kajdankach na nadgarstkach. – Ostatecznie, czy to miało jakieś znaczenie? Złapała go za wspomniane nadgarstki i zarzuciła mu ręce nad głowę, najwidoczniej nie przejmując się tymi rewelacjami dalej. – Powiesz mi od razu, czy mam z Ciebie wydusić te zeznania obywatelu? – Aż żałowała, że nie ma pod ręką różdżki. Byłaby bardziej wiarygodna, gdyby rzeczywiście ukształtowana złocista linka owinęła ręce i przyczepiła je do wezgłowia. Nie chciała jednak tracić swojej uprzywilejowanej obecnie pozycji na rzecz takiego mało istotnego detalu. Może po śniadaniu...?
Jej śmiech, soczysty, ociekający lepkim brzoskwiniowym sokiem śmiech wypełnił przestrzeń na jego tekst, który w żadnej mierze nie powinien jej nakręcać, ale o to miał za swoje - Miles w bardzo psotnym nastroju, który w pewien sposób realizował cel rozmowy, niekoniecznie wytyczonym szlakiem.
Dziewczyna bowiem wspięła się na niego, dosiadła jak wierzchowca, choć alkoholu było za mało w żyłach by usprawiedliwić to pijaństwem. Oboje jednak mimo kaca pozostawali młodzi i całkiem chętni, może przed momentem chciała najpierw śniadanie, ale nie widziała problemu by zacząć posiłek od deseru.
Szczupłą ręką odgarnęła czarne jak krucze skrzydło włosy, które skołtunione oblepiały jej spoconą nocą skórę. Nie było to ani piękne, ani romantyczne, ale miało w sobie ten posmak dzikości, atawistycznego instynktu, przyjemności, która skoro wydarzyła się wcześniej, mogła wydarzyć się znów.
Złociste oczy spojrzały nań z góry, z drapieżnością, z błąkającym się po szczupłej twarzy uśmiechem osoby, która zapomniała na moment kim jest i jeszcze nie musiała sobie przypominać.
A potem padło jej nazwisko i ów uśmiech zastygł w bezruchu, choć jego towarzyszka najwidoczniej nie zamierzała zmieniać swojej pozycji. Przynajmniej nie na razie. Zamiast tego jej oczy zwęziły się w zastanowieniu, ześlizgując się po przystojnej twarzy, która wczoraj nie miała żadnego znaczenia, ale dziś mózg utkwiony za tą twarzą z jakiś powodów wiedział z jakiej rodziny pochodzi.
– Jesteś czarodziejem? – podobnie jak jego pytanie, tak i jej bardziej przypominało stwierdzenie. Moodych było jak szczurów w Londynie, podobnie jak ich gniazd, czy mieszkań jak je zwali. Ludzie bardziej kojarzyli ich z psami, bo niemal każdy przedstawiciel familii nosił odznakę. Aurora czy brygadzisty czy kogokolwiek innego tropiącego bandytów.
Problem polegał na tym, że Miles nie miała pamięci do twarzy, nawet jeśli mrużyła ślepia, nawet jeśli przysunęła się trochę by przyjrzeć się bliżej (co nic nie zmieniało). – Przymknęłam Cię ostatnio? – spróbowała trafić, gdy już przekartkowała listę stażystów, którym uprzykrzała życie łagodną falą ostrego wpierdolu ze strony starszej koleżanki i nie znalazła tam takiego pięknisia. Coś jednak jej majaczyło w głowie, choć być może to było przekonanie, że zapamięłaby takiego słodziaka w każdych warunkach.
– Nieee... miałbyś ślady po magicznych kajdankach na nadgarstkach. – Ostatecznie, czy to miało jakieś znaczenie? Złapała go za wspomniane nadgarstki i zarzuciła mu ręce nad głowę, najwidoczniej nie przejmując się tymi rewelacjami dalej. – Powiesz mi od razu, czy mam z Ciebie wydusić te zeznania obywatelu? – Aż żałowała, że nie ma pod ręką różdżki. Byłaby bardziej wiarygodna, gdyby rzeczywiście ukształtowana złocista linka owinęła ręce i przyczepiła je do wezgłowia. Nie chciała jednak tracić swojej uprzywilejowanej obecnie pozycji na rzecz takiego mało istotnego detalu. Może po śniadaniu...?