Aleję Horyzontalną starał się odwiedzać możliwie jak najrzadziej.
Powodem nie był stan mieszkania, które wymagało odnowienia, i z którego wyniósł z Jonathanem, co tylko nadawało się jeszcze do użytku albo nie zostało spalone na popiół. Powodem nie była również żadna trauma, która mogłaby go dopaść po Spalonej Nocy. Poza klaustrofobią i ogromną niechęcią do większych zbiorników wodnych Jessie nie zauważył u siebie żadnych oznak budzącego się lęku przed ogniem, dymem, popiołem czy czymkolwiek innym.
Powodem było krzesło.
Dokładnie. Krzesło.
To krzesło, które normalnie stało w kuchni. To krzesło, na którym siedziała Charlotte i które najwidoczniej przejęło po niej tę zdolność, którą geny mu pożałowały, i nie spłonęło w nocy pożaru. To samo krzesło, które stało w kuchni, ale kiedy Jessie i Jonathan poszli do mieszkania, to cholerne krzesło stało w pokoju. W JEGO pokoju! Jakby jeszcze ktokolwiek je tam chciał... W jego samochodzie Charlotte też siedziała - nie mógł on przejąć tej odporności na ogień?
Jak wejdzie do mieszkania teraz, gdzie będzie to krzesło? W łazience? Czy może rzuci się przez okno i Jessie zobaczy je na ulicy, jeszcze bez żadnego zadrapania, żeby było dziwniej, w otoczeniu roztrzaskanego szkła.
Dlatego nieśpieszno mu było do kolejnych wizyt na Horyzontalnej, ale kiedy Hannibal odezwał się do niego z prośbą o spotkanie, nie rozmyślał o tym długo i dał znać, że na tej cholernej Horyzontalnej się pojawi.
Pogoda była całkiem przyjemna, ale wcale nie poprawiło mu to humoru. Przeciwnie, jeszcze bardziej go zniechęciła do wykrzesania z siebie odrobiny więcej optymizmu, przez co musiał przetrwać z poziomem, z którym się obudził - czyli bardzo niskim. Może powinien później wyjść z Benjim na jakiś dłuższy spacer? Niech się psiak przynajmniej nacieszy.
Z Hannibalem spodziewał się spotkać w jego domu, jak się umawiali. W głowie pojawiła mu się jeszcze myśl, że może Hannibal również tracił cierpliwość przez jakieś magiczne krzesło, które nie zajęło się ogniem i przeskakiwało sobie z jednego pomieszczenia do drugiego i może po to poprosił go o spotkanie.
Hannibal jednak nie czekał na niego w swoim mieszkaniu. Nie czekał nawet na korytarzu.
Czekał na niego przed kamienicą. Niby wyprostowany, niby wszystko w porządku, a jednak... Nie, nie było w porządku. Z nikim nie było teraz w porządku.
-Nie mogłeś się mnie doczekać? Jak miło - powiedział na powitanie, rozciągając usta w złośliwym półuśmiechu.
Wyraz twarzy mało oddający faktyczne odczucia, ale nie chciał podchodzić do Selwyna z maską na twarzy.
-Myślałem, że poczekasz na mnie w mieszkaniu, albo na korytarzu, a ty mi wychodzisz na spotkanie przed klatką? Jestem oczarowany, panie Selwyn.
Wzrok przesunął się niżej, z oczu Hannibala na jego nos, niżej na usta, podbródek i zatrzymał się na szyi. Na ciemnych śladach.
-Co, do cholery? - mruknął, marszcząc brwi. -Co ty masz na szyi?
Potem spojrzał na jego dłonie. Czerń.
-Dobra, co takiego dzieje się w twoim mieszkaniu, bo nawet nie będę się łudził, że to jest jakaś próba do twojego kolejnego występu.
!Strach przed imieniem