23.09.2025, 13:07 ✶
- Jak to wstęp? - zapytał nie widząc, czy to tylko ponury żart czy faktycznie Shafiq wiedział o czymś co właśnie dzieło się w Londynie i może całym kraju. Ale słowa o wizji Morpheusa sprowadziły go na ziemię, skoro stary Longbottom przewidział coś makabrycznego to zapewne o tym mówił teraz jego wuj. Aż mu się w głowie zakręciło o d tego wszystkiego. Natłok informacji sprawił, że młody Kelly lekko zachwiał się na nogach. Odzyskanie rezonu jednak nie zajęło mu długo.
- I mam siedzieć teraz sobie spokojnie w ministerstwie, kiedy tam szaleją ognie i ludzie potrzebują pomocy? - zapytał unosząc nieco głos. Nigdy nie wychowywali go na tchórza, który podkula ogon. Miał jednak swoje priorytety, które mówiły, rodzina ponad wszystko, a raczej matka. Ale jak mówił ona była bezpieczna w Ministerstwie, gdzie jak gdzie ale w samym centrum magicznego świata nie mogło być mowy, aby nie poradzili by sobie z jakimiś płomieniami.
- Dobrze wiesz, że ogień nie zrobi mi krzywdy, mogę się przydać bardziej niż siedząc na dupie i popijając herbatę w twoim biurze - żachnął się, chcąc przekonać starszego czarodzieja, aby ten pozwolił mu pomóc, stanowczo mógł się przysłużyć. Nie tylko płomienie nie krzywdziły jego ciała, a do tego potrafił czarować bez użycia różdżki, co stanowczo zwiększało jego użyteczność.
Ale z drugiej strony dlaczego miałby się pchać i pomagać obcym? Nie był altruistyczny, ratowanie innych kosztem samego siebie nie brzmiało jak młody Kelly. Ale też z drugiej strony przecież nie mógł przejść obojętnie obok cierpienia innych. Zapewne dłużej by się kłócił z Anthonym, a nawet by mu spróbował uciec, żeby faktycznie puścić się dalej na Pokątną i potem do ich mieszkania, aby sprawdzić faktycznie nikt tam nie został, albo czy nawet Benji nie był bezpieczny. Jakby na to nie patrzeć, ten psiak był częścią rodziny, dlatego też nie mogli go ot tak porzucać, gdyby coś się działo.
Ale nic z tego się nie udało, bo Shafiq, chyba czytał mu w myślach, co zmierza zrobić i jak puścić się na pomoc zwykłym mieszkańcom - w sumie przecież on też był zwykłym mieszkańcem. Nie należał do żadnej z grup, czy to popierających Voldemorta, czy też nawet go zwalczających, o ile takie istniały.
- No I dlaczego? - oburzył się, kiedy znaleźli się w Atrium Ministerstwa, gdzie wokół nich znajdowało się tak dużo ludzi, ilu tutaj nie widział chyba nigdy, aż szeroko otworzył oczy ze zdumienia.
- I mam siedzieć teraz sobie spokojnie w ministerstwie, kiedy tam szaleją ognie i ludzie potrzebują pomocy? - zapytał unosząc nieco głos. Nigdy nie wychowywali go na tchórza, który podkula ogon. Miał jednak swoje priorytety, które mówiły, rodzina ponad wszystko, a raczej matka. Ale jak mówił ona była bezpieczna w Ministerstwie, gdzie jak gdzie ale w samym centrum magicznego świata nie mogło być mowy, aby nie poradzili by sobie z jakimiś płomieniami.
- Dobrze wiesz, że ogień nie zrobi mi krzywdy, mogę się przydać bardziej niż siedząc na dupie i popijając herbatę w twoim biurze - żachnął się, chcąc przekonać starszego czarodzieja, aby ten pozwolił mu pomóc, stanowczo mógł się przysłużyć. Nie tylko płomienie nie krzywdziły jego ciała, a do tego potrafił czarować bez użycia różdżki, co stanowczo zwiększało jego użyteczność.
Ale z drugiej strony dlaczego miałby się pchać i pomagać obcym? Nie był altruistyczny, ratowanie innych kosztem samego siebie nie brzmiało jak młody Kelly. Ale też z drugiej strony przecież nie mógł przejść obojętnie obok cierpienia innych. Zapewne dłużej by się kłócił z Anthonym, a nawet by mu spróbował uciec, żeby faktycznie puścić się dalej na Pokątną i potem do ich mieszkania, aby sprawdzić faktycznie nikt tam nie został, albo czy nawet Benji nie był bezpieczny. Jakby na to nie patrzeć, ten psiak był częścią rodziny, dlatego też nie mogli go ot tak porzucać, gdyby coś się działo.
Ale nic z tego się nie udało, bo Shafiq, chyba czytał mu w myślach, co zmierza zrobić i jak puścić się na pomoc zwykłym mieszkańcom - w sumie przecież on też był zwykłym mieszkańcem. Nie należał do żadnej z grup, czy to popierających Voldemorta, czy też nawet go zwalczających, o ile takie istniały.
- No I dlaczego? - oburzył się, kiedy znaleźli się w Atrium Ministerstwa, gdzie wokół nich znajdowało się tak dużo ludzi, ilu tutaj nie widział chyba nigdy, aż szeroko otworzył oczy ze zdumienia.