20.02.2023, 14:44 ✶
Życie Mackenzie było niemal całkowicie podporządkowane quidditchowi, od dnia, w którym opuściła mury Hogwartu. Nie chodziło tylko o częste treningi i mecze wyjazdowe, ale także dietę, plan dnia i nędzne namiastki życia towarzyskiego (nie chodziło nawet o to, że zupełnie nie miała na nie czasu: było go niewiele, lecz istniał, po prostu Kenzie nigdy nie umiała odnaleźć się w towarzystwie innym niż to quidditchowców). Uwielbiała jedzenie, ale ograniczenie słodyczy czy niezdrowych potraw do jednej na tydzień albo dwa, nie stanowiło wielkiego wyrzeczenia, jeśli dzięki temu mogła dłużej zachować kondycję.
Zamówiła wodę i burgera z warzywami, i już tym niewielkim odstępstwem od diety zamierzała się cieszyć.
- Hm – podsumowała jego stwierdzenie odnośnie bandy kłamców i pozorów. Chyba nie do końca załapała, że Charles niekoniecznie mówił o wszystkich, a wszak jego własna rodzina należała do tych z najczystszą możliwą krwią. A i jej matka była czarownicą czystej krwi.
Inna sprawa, że choć Olivia Greengrass nie była kłamcą, to już pozerką jak najbardziej.
- W takim razie faktycznie jest dobrym Ministrem, skoro chodzi tylko o pochodzenie? W sumie to wszyscy narzekają, że Ministerstwo ostatnio słabo działa – powiedziała ostrożnie. Sama była daleka od rzucania się do obrony Leacha, ale głównie dlatego, że nic ją to nie obchodziło. A o tym, że są jakieś kłopoty w Ministerstwie wiedziała i ona. Wszak niedawno przed meczem trener dostał ataku szału, bo z powodu „braków kadrowych” w Departamencie Magicznych Gier i Sportów, pojawiły się jakieś kłopoty i nie udało się dowieźć na stadion części kibiców. Oczywiście, Mackenzie nie miała pojęcia, że te braki kadrowe wynikają z rezygnacji ze stanowisk osób czystej krwi.
Czego, nawiasem mówiąc, zupełnie by nie pojęła.
- Piłkę? J e d n ą piłkę? To musi być straszliwe nudne – oceniła Mackenzie. To zagadnienie pochłonęło ją dużo bardziej niż sam Leach. Nie wiedziała u mugolskim świecie wiele, więc do tej pory nigdy nie słyszała o piłce nożnej. A może coś słyszała, ale zignorowała temat. Ale kilkunastu zawodników na boisku i wszyscy biegający za jedną piłką? Czy niektórzy z nich po prostu nie stali, nudząc się? Jaki to w ogóle miało sens? Czy ktoś mógł ekscytować się taką grą?
- No… mugole to chyba jednak się trochę od nas różnią – stwierdziła. Jeśli szło o mugolaki, owszem, ich nie dało się odróżnić od pełnoprawnego czarodzieja. Greengrass – choć od jakiegoś czasu miała pewne podejrzenia – nie mogła nawet wykluczyć, że jej ojciec nie jest mugolakiem. (Mugola jednak skreślała. Matka nigdy by się do takiego nie zbliżyła.) Mugole zawsze jednak wydawali się jej jacyś tacy nieogarnięci. Co wynikało zapewne z tego, że rzadko miała z nimi do czynienia. – Bo są głupi? Fanatyczni? – podsunęła odnośnie tego, że śmierciożercy obierają za cel rodziny półkrwi. Wątpiła nawet, by chodziło o zyski, bo ostatecznie te nie były wielkie. Za to straty… – Jeśli zostaliby sami czarodzieje czystej krwi, wszyscy skończylibyśmy jak Gauntowie. Szaleni.
Tę historię znała nawet Mackenzie: ród, który podupadł, bo w celu zachowania czystości krwi poślubiano tam własnych kuzynów, a ponoć raz czy dwa zdarzyły się nawet związki rodzeństwa. Matka lubowała się w historiach o rodach czystej krwi.
- Yhym – wymamrotała na słowa o starciu z powierzchni ziemi. Mackenzie niezbyt rozumiała ludzi, miała jednak wrażenie, że Charliego ten temat strasznie porusza. I nie bardzo wiedziała nawet, jak na to zareagować. - Ale takimi ulotkami? One wiele nie zrobią.
Nie, nie wiedziała, jak daleko sięga nagonka na Leacha.
Zamówiła wodę i burgera z warzywami, i już tym niewielkim odstępstwem od diety zamierzała się cieszyć.
- Hm – podsumowała jego stwierdzenie odnośnie bandy kłamców i pozorów. Chyba nie do końca załapała, że Charles niekoniecznie mówił o wszystkich, a wszak jego własna rodzina należała do tych z najczystszą możliwą krwią. A i jej matka była czarownicą czystej krwi.
Inna sprawa, że choć Olivia Greengrass nie była kłamcą, to już pozerką jak najbardziej.
- W takim razie faktycznie jest dobrym Ministrem, skoro chodzi tylko o pochodzenie? W sumie to wszyscy narzekają, że Ministerstwo ostatnio słabo działa – powiedziała ostrożnie. Sama była daleka od rzucania się do obrony Leacha, ale głównie dlatego, że nic ją to nie obchodziło. A o tym, że są jakieś kłopoty w Ministerstwie wiedziała i ona. Wszak niedawno przed meczem trener dostał ataku szału, bo z powodu „braków kadrowych” w Departamencie Magicznych Gier i Sportów, pojawiły się jakieś kłopoty i nie udało się dowieźć na stadion części kibiców. Oczywiście, Mackenzie nie miała pojęcia, że te braki kadrowe wynikają z rezygnacji ze stanowisk osób czystej krwi.
Czego, nawiasem mówiąc, zupełnie by nie pojęła.
- Piłkę? J e d n ą piłkę? To musi być straszliwe nudne – oceniła Mackenzie. To zagadnienie pochłonęło ją dużo bardziej niż sam Leach. Nie wiedziała u mugolskim świecie wiele, więc do tej pory nigdy nie słyszała o piłce nożnej. A może coś słyszała, ale zignorowała temat. Ale kilkunastu zawodników na boisku i wszyscy biegający za jedną piłką? Czy niektórzy z nich po prostu nie stali, nudząc się? Jaki to w ogóle miało sens? Czy ktoś mógł ekscytować się taką grą?
- No… mugole to chyba jednak się trochę od nas różnią – stwierdziła. Jeśli szło o mugolaki, owszem, ich nie dało się odróżnić od pełnoprawnego czarodzieja. Greengrass – choć od jakiegoś czasu miała pewne podejrzenia – nie mogła nawet wykluczyć, że jej ojciec nie jest mugolakiem. (Mugola jednak skreślała. Matka nigdy by się do takiego nie zbliżyła.) Mugole zawsze jednak wydawali się jej jacyś tacy nieogarnięci. Co wynikało zapewne z tego, że rzadko miała z nimi do czynienia. – Bo są głupi? Fanatyczni? – podsunęła odnośnie tego, że śmierciożercy obierają za cel rodziny półkrwi. Wątpiła nawet, by chodziło o zyski, bo ostatecznie te nie były wielkie. Za to straty… – Jeśli zostaliby sami czarodzieje czystej krwi, wszyscy skończylibyśmy jak Gauntowie. Szaleni.
Tę historię znała nawet Mackenzie: ród, który podupadł, bo w celu zachowania czystości krwi poślubiano tam własnych kuzynów, a ponoć raz czy dwa zdarzyły się nawet związki rodzeństwa. Matka lubowała się w historiach o rodach czystej krwi.
- Yhym – wymamrotała na słowa o starciu z powierzchni ziemi. Mackenzie niezbyt rozumiała ludzi, miała jednak wrażenie, że Charliego ten temat strasznie porusza. I nie bardzo wiedziała nawet, jak na to zareagować. - Ale takimi ulotkami? One wiele nie zrobią.
Nie, nie wiedziała, jak daleko sięga nagonka na Leacha.