25.09.2025, 16:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2025, 16:28 przez Lazarus Lovegood.)
z Lorien
Uważnie przyjrzał się Lorien, błądząc wzrokiem po jej twarzy, nigdy nie patrząc jej wprost w oczy. Ile w niej w tym momencie było sędziny Wizengamotu, ile starej znajomej Anthony’ego, a ile jego dawnej koleżanki z Hogwartu? Była miła. Dawno nie mieli okazji porozmawiać, a jeszcze dawniej - nie w otoczeniu ministerialnych ścian, które, jak wiadomo, miały uszy.
Ciekawe czasy…
- Wszyscy doceniamy je, póki trwają - zapewnił solennie, a rysy jego twarzy trochę złagodniały - Oczywiście pod względem hojności szefa. Nie… tego - powiódł wzrokiem dokoła, po ubogo zaopatrzonych straganach.
Spalona Noc była dotkliwą i doskonale widoczną porażką Ministerstwa. Lazarus zgadzał się z tym całkowicie. System nie działał i być może jedynym sposobem jego naprawy był demontaż i zbudowanie go od nowa, co w praktyce było niewykonalne bez zaistnienia okresu całkowitego chaosu - przejściowego, ale o niemożliwej do przewidzenia długości - który pociągnąłby za sobą ofiary - o liczbie skończonej, ale niemożliwej do oszacowania. Niedopuszczalne z wielu względów.
System nadal nie działał - po ósmym września ministerialne wahadło wychyliło się w drugą stronę i wiele jednostek pracowało z ogromnym natężeniem, ale tak samo nieproduktywnie, jak wcześniej. Nieskuteczne działania. Pozorne usprawnienia.
Kiedy było się częścią tego systemu, małą i niewiele znaczącą, ale samoświadomą, trzeba było nauczyć się tego nie dostrzegać. Rzesza takich wyuczenie krótkowzrocznych urzędników składała się na bezwładność molocha. Ale być może alternatywą dla nich było szaleństwo, a w takim razie… trudno było ich winić za ten wybór.
Tu nie chodziło o prawa mugolaków. O rasizm. O nieobecną podczas kryzysowej sytuacji Eugenię Jenkins. Tu chodziło o system, w którym drobne zachwiania równowagi kumulowały się w czasie i musiały doprowadzić do jego upadku. Tak uczyła historia. Ludzie - czarodzieje i mugole, mugolacy i charłacy - w każdym czasie byli w gruncie rzeczy tacy sami.
Czy żyli w schyłkowym okresie społeczeństwa czarodziejów w obecnej formie?
Narastający gwar przebił się do jego świadomości zanim Lazarus zobaczył jego źródło. Posłusznie ruszył u boku Lorien we wskazaną stronę, wdzięczny za zejście z drogi hałaśliwej grupie. Uniósł brwi, gdy zapytała o jego przeniesienie - nie spodziewał się, żeby jego los w jakimkolwiek stopniu ją interesował.
- Po śmierci pani Velaris, Anthony Shafiq potrzebował, by ktoś przejął jej obowiązki. Oboje go znamy. Nie przypuszczam, by stażysta, nieważne, jak… młody i ambitny… był w stanie sprostać jego oczekiwaniom.
Wymagania Anthony’ego w istocie nie były łatwe do spełnienia. Pracował dla niego niepełne dwa tygodnie, a już dwie osoby zwróciły się do niego o interpretację kryptycznych dyspozycji szefa, przesłanych za pośrednictwem jego owianych złą sławą papierowych żurawi, a sam Shafiq powierzył mu oprócz profesjonalnego, także swój prywatny grafik, domagał się dysput na temat dzieł traktujących o oklumencji i oddał mu we władanie pomieszczenia w rezydencji w Little Hangleton. Lovegood wyobraził sobie na swoim miejscu jakiegoś zagubionego stażystę i lekko się uśmiechnął.
- Jeśli chodzi o moją pozycję w Biurze Celnym… stabilność łatwo może stać się stagnacją, jeżeli pozwoli się sobie na odrobinę nieuwagi. Praca w OMSHM jest bardziej… urozmaicona. Lepsze wynagrodzenie. Organ o wyższym prestiżu - wyliczył wszystkie te obiektywne korzyści, jakby to było oczywiste - Przepraszam na moment - zatrzymał się przy ladzie, na której rozłożone były różnokolorowe motki włóczki i wybrał dwa błękitne.
- Jestem przekonany, że nie okażę się jedynym, który zmieni miejsce pracy po ostatnich wydarzeniach. - powiedział cicho i doskonale obojętnie.
Uważnie przyjrzał się Lorien, błądząc wzrokiem po jej twarzy, nigdy nie patrząc jej wprost w oczy. Ile w niej w tym momencie było sędziny Wizengamotu, ile starej znajomej Anthony’ego, a ile jego dawnej koleżanki z Hogwartu? Była miła. Dawno nie mieli okazji porozmawiać, a jeszcze dawniej - nie w otoczeniu ministerialnych ścian, które, jak wiadomo, miały uszy.
Ciekawe czasy…
- Wszyscy doceniamy je, póki trwają - zapewnił solennie, a rysy jego twarzy trochę złagodniały - Oczywiście pod względem hojności szefa. Nie… tego - powiódł wzrokiem dokoła, po ubogo zaopatrzonych straganach.
Spalona Noc była dotkliwą i doskonale widoczną porażką Ministerstwa. Lazarus zgadzał się z tym całkowicie. System nie działał i być może jedynym sposobem jego naprawy był demontaż i zbudowanie go od nowa, co w praktyce było niewykonalne bez zaistnienia okresu całkowitego chaosu - przejściowego, ale o niemożliwej do przewidzenia długości - który pociągnąłby za sobą ofiary - o liczbie skończonej, ale niemożliwej do oszacowania. Niedopuszczalne z wielu względów.
System nadal nie działał - po ósmym września ministerialne wahadło wychyliło się w drugą stronę i wiele jednostek pracowało z ogromnym natężeniem, ale tak samo nieproduktywnie, jak wcześniej. Nieskuteczne działania. Pozorne usprawnienia.
Kiedy było się częścią tego systemu, małą i niewiele znaczącą, ale samoświadomą, trzeba było nauczyć się tego nie dostrzegać. Rzesza takich wyuczenie krótkowzrocznych urzędników składała się na bezwładność molocha. Ale być może alternatywą dla nich było szaleństwo, a w takim razie… trudno było ich winić za ten wybór.
Tu nie chodziło o prawa mugolaków. O rasizm. O nieobecną podczas kryzysowej sytuacji Eugenię Jenkins. Tu chodziło o system, w którym drobne zachwiania równowagi kumulowały się w czasie i musiały doprowadzić do jego upadku. Tak uczyła historia. Ludzie - czarodzieje i mugole, mugolacy i charłacy - w każdym czasie byli w gruncie rzeczy tacy sami.
Czy żyli w schyłkowym okresie społeczeństwa czarodziejów w obecnej formie?
Narastający gwar przebił się do jego świadomości zanim Lazarus zobaczył jego źródło. Posłusznie ruszył u boku Lorien we wskazaną stronę, wdzięczny za zejście z drogi hałaśliwej grupie. Uniósł brwi, gdy zapytała o jego przeniesienie - nie spodziewał się, żeby jego los w jakimkolwiek stopniu ją interesował.
- Po śmierci pani Velaris, Anthony Shafiq potrzebował, by ktoś przejął jej obowiązki. Oboje go znamy. Nie przypuszczam, by stażysta, nieważne, jak… młody i ambitny… był w stanie sprostać jego oczekiwaniom.
Wymagania Anthony’ego w istocie nie były łatwe do spełnienia. Pracował dla niego niepełne dwa tygodnie, a już dwie osoby zwróciły się do niego o interpretację kryptycznych dyspozycji szefa, przesłanych za pośrednictwem jego owianych złą sławą papierowych żurawi, a sam Shafiq powierzył mu oprócz profesjonalnego, także swój prywatny grafik, domagał się dysput na temat dzieł traktujących o oklumencji i oddał mu we władanie pomieszczenia w rezydencji w Little Hangleton. Lovegood wyobraził sobie na swoim miejscu jakiegoś zagubionego stażystę i lekko się uśmiechnął.
- Jeśli chodzi o moją pozycję w Biurze Celnym… stabilność łatwo może stać się stagnacją, jeżeli pozwoli się sobie na odrobinę nieuwagi. Praca w OMSHM jest bardziej… urozmaicona. Lepsze wynagrodzenie. Organ o wyższym prestiżu - wyliczył wszystkie te obiektywne korzyści, jakby to było oczywiste - Przepraszam na moment - zatrzymał się przy ladzie, na której rozłożone były różnokolorowe motki włóczki i wybrał dwa błękitne.
- Jestem przekonany, że nie okażę się jedynym, który zmieni miejsce pracy po ostatnich wydarzeniach. - powiedział cicho i doskonale obojętnie.