26.09.2025, 01:33 ✶
Najpierw z: Desmondem, Hannibalem (i chyba Nora i Erik?); później składam datek
Philomena nie była na tyle krótkowzroczna, aby odepchnąć od siebie chłopaka wyłącznie ze względu na niezręczność — ach, bolesną niezręczność — gdy wykazywał tyle właściwie ukierunkowanego zapału.
— Ależ naturalnie — przyjęła sugestię Elliotta Malfoya, lecz dalszej rozmowy o przyszłości młodzika nie prowadziła z nim. Dopóki zwrócone były na nich oczy postronnych, nie zamierzała upokarzać Desmonda odbieraniem mu podmiotowości. Jakże źle by z tym wyglądała. — Panie Malfoy — zwróciła się do młodszego z kuzynów — jeśli jest pan zainteresowany możliwościami rozwoju, proszę skontaktować się ze mną przez kancelarię. Gwarantuję, że znajdę czas, aby spotkać się i przedyskutować tę kwestię.
Opinia wygłoszona z kolei przez pana Longbottoma imponowała mętnością wyrazu. Dorównywała na tym polu jego nieskalanej inteligentną myślą twarzy, która z niewiadomego powodu na tyle zainteresowała Elliotta, aby zapłacił za nią swego czasu bajońskie sumy. Teraz Erik powiedział coś, mimo że nie powiedział nic — może i dobry byłby z niego polityk.
Doceniła za to Philomena subtelny przytyk Malfoya, który wykazał się większą sprawnością umysłu i nie przyjął opinii Longbottoma bezkrytycznie.
— Święta racja — przytaknęła Elliottowi. — Krytycy wykonają swoją pracę. Nie wątpmy o tym, że przeczytamy o ich wyrokach w dniach najbliższych. Dziś spotykamy się tu my — rozłożyła lekko ręce, symbolicznie ogarniając gestem towarzystwo — sympatycy tego znakomitego teatru. Gusta nasze równe mają prawo być zaspokojone, co gusta rozpisujących się o sztukach akademików.
Philomena Mulciber przepadała za wysłuchiwaniem cudzych opinii. Konfrontacja poglądów była jej tak miłą, gdyż wówczas osoby odsłaniające się z poglądem nadto odbiegającym od jej własnego mogła napiętnować łatką niezbyt inteligentnych.
Ledwie Elliott oddalił się, jego miejsce zajął selwynowy fircyk, który od samego powitania zdegustował staruchę. Dobrze się bawicie. Nie była jego przyjaciółką, aby zwracał się do niej tak obcesowo. Skandal.
— Dobry wieczór, panie Selwyn. Gratuluję udanego występu — wygłosiła mimo to podręcznikową formułkę, choć jej ton już wtedy pobrzmiewał naganą.
Skandalista.
Skandalista był częścią towarzyskiej gry i spełniał w socjecie rolę wielce pożyteczną. Skandalista siebie samego składał na scenicznym, obrazoburczym ołtarzu, aby szacowni i dystyngowani mogli się oburzać, i aby starzy tęsknili za czasami, gdy na skandalistów patrzyło się — to rzecz jasna — o wiele mniej pobłażliwie. Philomena zaś — choć świadoma znaczenia roli, w jaką stroił się Hannibal — była i szacowna, i dystyngowana, i stara.
Nie dało się nie zauważyć, że Selwyn błądzi myślami i nie przykłada wiele uwagi do uczestniczenia w rozmowie. Stara Mulciberowa — wprost przeciwnie — była czujna, szukała po zgromadzonych uchybień towarzyskich i czekała ich potknięć. Widziała doskonale, jak Hannibal ucieka wzrokiem na stół VIPów. Gdy więc padło jego pytanie, jakże żałośnie wypadało ono w jej oczach.
— Jeśli chce pan, panie Selwyn, słuchać słów uznania, zalecam zacząć od pracy nad szacunkiem wobec rozmówców oraz poświęcania stosownej uwagi temu, o jakim temacie jest mowa w towarzystwie, do którego się dołącza — pouczyła w tonie tchnącym surowością, którą potęgowała sztywna postawa staruchy górującej nad Hannibalem.
Philomena wysłuchała oczywiście z należytą uwagą słów wypowiadającego się dyrektora teatru, a gdy otwarto poczęstunek, przeprosiła grzecznie towarzystwo i oddaliła się. Bynajmniej nie w stronę tortu i formującej się przy nim kolejki. Czas ten Mulciberowa wykorzystała, aby zjawić się przy miniaturze The Globe. A choć oczy tłumu zwrócone były w tamtej chwili ku magicznym łakociom, to Philomena złożyła datek szczodry — taki, aby uplasował on ją w czołówce filantropów.
Mecenas Philomena Mulciber pomagała w ciszy (choć absolutnie nie anonimowo). Spójrzcie tylko, Państwo, jakże szlachetne drzemie w tej piersi serce, w przeciwieństwie do ministerialnej faryzeuszki Jenkins.
Philomena nie była na tyle krótkowzroczna, aby odepchnąć od siebie chłopaka wyłącznie ze względu na niezręczność — ach, bolesną niezręczność — gdy wykazywał tyle właściwie ukierunkowanego zapału.
— Ależ naturalnie — przyjęła sugestię Elliotta Malfoya, lecz dalszej rozmowy o przyszłości młodzika nie prowadziła z nim. Dopóki zwrócone były na nich oczy postronnych, nie zamierzała upokarzać Desmonda odbieraniem mu podmiotowości. Jakże źle by z tym wyglądała. — Panie Malfoy — zwróciła się do młodszego z kuzynów — jeśli jest pan zainteresowany możliwościami rozwoju, proszę skontaktować się ze mną przez kancelarię. Gwarantuję, że znajdę czas, aby spotkać się i przedyskutować tę kwestię.
Opinia wygłoszona z kolei przez pana Longbottoma imponowała mętnością wyrazu. Dorównywała na tym polu jego nieskalanej inteligentną myślą twarzy, która z niewiadomego powodu na tyle zainteresowała Elliotta, aby zapłacił za nią swego czasu bajońskie sumy. Teraz Erik powiedział coś, mimo że nie powiedział nic — może i dobry byłby z niego polityk.
Doceniła za to Philomena subtelny przytyk Malfoya, który wykazał się większą sprawnością umysłu i nie przyjął opinii Longbottoma bezkrytycznie.
— Święta racja — przytaknęła Elliottowi. — Krytycy wykonają swoją pracę. Nie wątpmy o tym, że przeczytamy o ich wyrokach w dniach najbliższych. Dziś spotykamy się tu my — rozłożyła lekko ręce, symbolicznie ogarniając gestem towarzystwo — sympatycy tego znakomitego teatru. Gusta nasze równe mają prawo być zaspokojone, co gusta rozpisujących się o sztukach akademików.
Philomena Mulciber przepadała za wysłuchiwaniem cudzych opinii. Konfrontacja poglądów była jej tak miłą, gdyż wówczas osoby odsłaniające się z poglądem nadto odbiegającym od jej własnego mogła napiętnować łatką niezbyt inteligentnych.
Ledwie Elliott oddalił się, jego miejsce zajął selwynowy fircyk, który od samego powitania zdegustował staruchę. Dobrze się bawicie. Nie była jego przyjaciółką, aby zwracał się do niej tak obcesowo. Skandal.
— Dobry wieczór, panie Selwyn. Gratuluję udanego występu — wygłosiła mimo to podręcznikową formułkę, choć jej ton już wtedy pobrzmiewał naganą.
Skandalista.
Skandalista był częścią towarzyskiej gry i spełniał w socjecie rolę wielce pożyteczną. Skandalista siebie samego składał na scenicznym, obrazoburczym ołtarzu, aby szacowni i dystyngowani mogli się oburzać, i aby starzy tęsknili za czasami, gdy na skandalistów patrzyło się — to rzecz jasna — o wiele mniej pobłażliwie. Philomena zaś — choć świadoma znaczenia roli, w jaką stroił się Hannibal — była i szacowna, i dystyngowana, i stara.
Nie dało się nie zauważyć, że Selwyn błądzi myślami i nie przykłada wiele uwagi do uczestniczenia w rozmowie. Stara Mulciberowa — wprost przeciwnie — była czujna, szukała po zgromadzonych uchybień towarzyskich i czekała ich potknięć. Widziała doskonale, jak Hannibal ucieka wzrokiem na stół VIPów. Gdy więc padło jego pytanie, jakże żałośnie wypadało ono w jej oczach.
— Jeśli chce pan, panie Selwyn, słuchać słów uznania, zalecam zacząć od pracy nad szacunkiem wobec rozmówców oraz poświęcania stosownej uwagi temu, o jakim temacie jest mowa w towarzystwie, do którego się dołącza — pouczyła w tonie tchnącym surowością, którą potęgowała sztywna postawa staruchy górującej nad Hannibalem.
Philomena wysłuchała oczywiście z należytą uwagą słów wypowiadającego się dyrektora teatru, a gdy otwarto poczęstunek, przeprosiła grzecznie towarzystwo i oddaliła się. Bynajmniej nie w stronę tortu i formującej się przy nim kolejki. Czas ten Mulciberowa wykorzystała, aby zjawić się przy miniaturze The Globe. A choć oczy tłumu zwrócone były w tamtej chwili ku magicznym łakociom, to Philomena złożyła datek szczodry — taki, aby uplasował on ją w czołówce filantropów.
Mecenas Philomena Mulciber pomagała w ciszy (choć absolutnie nie anonimowo). Spójrzcie tylko, Państwo, jakże szlachetne drzemie w tej piersi serce, w przeciwieństwie do ministerialnej faryzeuszki Jenkins.
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia