26.09.2025, 11:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.09.2025, 12:18 przez Samuel McGonagall.)
Bezmyślnie cieszył się przyrodą, bezmyślnie cieszył się kąpielą w jeziorze tak jakby był tam sam, ale obecność drugiej osoby przynosiła dziwne... To nie było normalne, ale wpasowało się tak pięknie w dawno pogrzebane wspomnienia. Dawał się porwać werwie, mięśniom, roziskrzonej wodzie migoczącej w wiosennym słońcu. Śmiech czarodzieja, który kazał się nazywać Lazarusem roznosił się po okolicy i był pieśnią nową, ale jakże mile widzianą. On też mógł się śmiać, mógł też czuć jak krąży mu we krwi zwyczajna ludzka radość, nie tylko niedźwiedzi instynkt.
W pierwszej chwili nie zrozumiał słów czarodzieja.
Różdżka? Jaki z nią problem? Przecież wrosła w łapę... - zdołał pomyśleć gdy dotarło do niego o co chodzi. Przestał skakać i dźwignął cielsko, dźwignął futro ku górze, nasączone jeziorną wodą. Cień padł na rudowłosego mężczyznę, gdy miś na moment spojrzał na niego z góry, z głową umieszczoną na niemal trzech metrach kości i mięśni równie strasznych co zębiska i pazury. To była tylko chwila niezbędna do morfowania się w najkorzystniejszych warunkach. Animag momentalnie zmalał i stanął ciało przy ciele Lazarusa. W jego prawej dłoni wciąż była różdżka, lewą położył znajomemu-nieznajomemu na barku. Jego twarz wskazywała największe zatroskanie.
– Ale jak to..? Tutaj? W jeziorze? – zapytał i gdy tylko zyskał potwierdzenie, bardzo nierozsądnie wsunął mu w palce własną różdżkę, po czym... zanurkował. Nie wahał się pomóc. Nie wahał narazić, ale też nie sięgał po magię, bo prócz animagii i ewentualnego dostosowywania narzędzi do swoich potrzeb zwyczajnie zapominał o tym. Dlatego nurkował, rył w mule zajadle, z zaskakująca pieczołowitością odtwarzając ich drogę przez muliste dno.
– Nie... nie mogę... nie wiem... – wydyszł, gdy organizm zażądał przerwy, a on wygrzebał się na brzeg.
I wtedy jego ręka padła na nie tak przecież zwykły patyk. Na różdżkę tęskniącą za swoim właścicielem.
– Ha! Knieja nam sprzyja! – bo przecież nie boginii Matki, to do Kniei Samuel wznosił swoje modły. – Znalazłem! – pochwalił się, odwracając się entuzjastycznie do Lazarusa. A potem zamarł bo jednak mokre ubranie zwiastowało chorobę. On zaraz znów przywdzieje grube futro, tłuszcz magicznie wypełni jego ciało. Ale mag nie miał tego szczęścia, bo przecież przemieniłby się już w drodze na jezioro.
– Masz trzymaj... – złapał go za rękę i wcisnął między palce różdżkę. Chwila zamarła. Kiedy stało się tak późno? Światło zdawało się bardziej pomarańczowe, wręcz krwawe.
Nagle z wizgiem poderwał się ptak z drzewa. Blady dreszcz przeszedł przez plecy Samuela, gdy pospiesznie zadarł głowę. Jezioro było jego sanktuarium, jego chwilą wytchnienia razem z ojcem. Ojciec jednak wtulił się w ziemię między korzeniami wiekowego dębu, a matka, to matka wybrała niebo. Sam wierzył, że cały czas łypie na niego krogulczym okiem, zwierzęcej duszy, która żyła w niej i finalnie skonsumowała ją w całości.
Ostrzeżenie...
– Musisz iść. Proszę. Tu powinno... tu powinno nie być problemów. Tu możesz. Jesteś cały mokry idź. – zaczął powtarzać, cały czas oglądając się na gałęzie, próbując wypatrzeć tego konkretnego ptaka. A może mu się tylko wydawało? Nie, nie mogło mu się wydawać. Odsunął się od Lazarusa, nerwowo poprawiając chwyt na własnej różdżce, nie patrząc już na niego, zapominając o nim. – Przepraszam, przepraszam, już nie będę, przepraszam... – cichy szelest wypełzał spomiędzy warg jak modlitwa na przebłaganie serce biło zbyt szybko, za moment Knieja upomni się o niego. Nie było czasu.
Ciało wydłużyło się gwałtownie, zyskało znów na wadze, porosło gęstym nastroszonym teraz futrem. Mrugnięcie oka wystarczyło, by spłoszony niedźwiedź pognał pomiędzy drzewa w zupełnie przeciwnym kierunku niż dom. A może właśnie w tym dobrym kierunku? Tak łatwo było zgubić się w lesie...
W pierwszej chwili nie zrozumiał słów czarodzieja.
Różdżka? Jaki z nią problem? Przecież wrosła w łapę... - zdołał pomyśleć gdy dotarło do niego o co chodzi. Przestał skakać i dźwignął cielsko, dźwignął futro ku górze, nasączone jeziorną wodą. Cień padł na rudowłosego mężczyznę, gdy miś na moment spojrzał na niego z góry, z głową umieszczoną na niemal trzech metrach kości i mięśni równie strasznych co zębiska i pazury. To była tylko chwila niezbędna do morfowania się w najkorzystniejszych warunkach. Animag momentalnie zmalał i stanął ciało przy ciele Lazarusa. W jego prawej dłoni wciąż była różdżka, lewą położył znajomemu-nieznajomemu na barku. Jego twarz wskazywała największe zatroskanie.
– Ale jak to..? Tutaj? W jeziorze? – zapytał i gdy tylko zyskał potwierdzenie, bardzo nierozsądnie wsunął mu w palce własną różdżkę, po czym... zanurkował. Nie wahał się pomóc. Nie wahał narazić, ale też nie sięgał po magię, bo prócz animagii i ewentualnego dostosowywania narzędzi do swoich potrzeb zwyczajnie zapominał o tym. Dlatego nurkował, rył w mule zajadle, z zaskakująca pieczołowitością odtwarzając ich drogę przez muliste dno.
– Nie... nie mogę... nie wiem... – wydyszł, gdy organizm zażądał przerwy, a on wygrzebał się na brzeg.
I wtedy jego ręka padła na nie tak przecież zwykły patyk. Na różdżkę tęskniącą za swoim właścicielem.
– Ha! Knieja nam sprzyja! – bo przecież nie boginii Matki, to do Kniei Samuel wznosił swoje modły. – Znalazłem! – pochwalił się, odwracając się entuzjastycznie do Lazarusa. A potem zamarł bo jednak mokre ubranie zwiastowało chorobę. On zaraz znów przywdzieje grube futro, tłuszcz magicznie wypełni jego ciało. Ale mag nie miał tego szczęścia, bo przecież przemieniłby się już w drodze na jezioro.
– Masz trzymaj... – złapał go za rękę i wcisnął między palce różdżkę. Chwila zamarła. Kiedy stało się tak późno? Światło zdawało się bardziej pomarańczowe, wręcz krwawe.
Nagle z wizgiem poderwał się ptak z drzewa. Blady dreszcz przeszedł przez plecy Samuela, gdy pospiesznie zadarł głowę. Jezioro było jego sanktuarium, jego chwilą wytchnienia razem z ojcem. Ojciec jednak wtulił się w ziemię między korzeniami wiekowego dębu, a matka, to matka wybrała niebo. Sam wierzył, że cały czas łypie na niego krogulczym okiem, zwierzęcej duszy, która żyła w niej i finalnie skonsumowała ją w całości.
Ostrzeżenie...
– Musisz iść. Proszę. Tu powinno... tu powinno nie być problemów. Tu możesz. Jesteś cały mokry idź. – zaczął powtarzać, cały czas oglądając się na gałęzie, próbując wypatrzeć tego konkretnego ptaka. A może mu się tylko wydawało? Nie, nie mogło mu się wydawać. Odsunął się od Lazarusa, nerwowo poprawiając chwyt na własnej różdżce, nie patrząc już na niego, zapominając o nim. – Przepraszam, przepraszam, już nie będę, przepraszam... – cichy szelest wypełzał spomiędzy warg jak modlitwa na przebłaganie serce biło zbyt szybko, za moment Knieja upomni się o niego. Nie było czasu.
Ciało wydłużyło się gwałtownie, zyskało znów na wadze, porosło gęstym nastroszonym teraz futrem. Mrugnięcie oka wystarczyło, by spłoszony niedźwiedź pognał pomiędzy drzewa w zupełnie przeciwnym kierunku niż dom. A może właśnie w tym dobrym kierunku? Tak łatwo było zgubić się w lesie...
Koniec sesji