27.09.2025, 13:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2025, 13:29 przez Millie Moody.)
– On ma większe doświadczenie, ale nam we dwoje po prostu ciężej się oprzeć. Będziemy czynnikiem rozpraszającym. Dywersja for the win! – oznajmiła teatralnie, znad hałdy wszystkiego co wysypało się z nocnej szafki i co zdradzało, że porządek w tym pokoju był ekstremalnie kwestią umowną. W duchu zaś cieszyła się, że Tomuś tak zawzięcie broni jej pomysłu ze spandeksem, chociaż w sumie nie mogła sobie przypomnieć czemu w ogóle go powiedziała. Zależało jej, żeby na coś się przydać, a praca w terenie z dwoma klątwołamaczami, z czego jeden specjalizował się w ludziach a drugi w ścianach, zdawała się idealnym pomysłem.
Coś mogło z tego wyniknąć dobrego, prawda?
Butelka taniej whisky z łoskotem uderzyła o blat nocnej szafki.
– Picie mamy, ale żeby rozlać, to musimy najpierw osuszyć herbatę. Chyba, że z gwinta, mi jakby co nie robi. – Dodała, podejrzewała, że Thomasowi też nie, ale chuj wiedział francuskiego pieseczka Prewetta, który owszem pił z nią z gwinta, ale jak już był mocno najebany.
Nagle w dłonie wpadła jej wyjątkowa talia, która równie wyjątkowo ją rozbawiła w kontekście Figga. Z każdej karty patrzyła na nich kot. No może czasem to była kocia czaszka. Niewiele myśląc przetasowała ją i sięgnęła po jedną. Tak tylko dla zabawy.
Zbladła. Usta zamieniły się w wąską linię. Czarny jebany kot zaglądał do akwarium w której pływała rybka. Jego złote oko śledziło każdy jej ruch. Rybeczka nie mogła czmyhnąć ograniczona szklaną ścianą. Ograniczona okolicznościami. Wypuściła krótkie spojrzenie w stronę siedzących mężczyzn. Potem znów spojrzała na kartę. Pierdolone. W papierową dupę. Karty.
Pospiesznie ukryła kartę w talii i cisnęła ją między swoich współlokatorów. Znaczy w stronę swoich gości, przecież oczywiście że była to sytuacja przejściowa.
– A weźcie sobie pociągnijcie co? Chce popatrzeć – umilkła nagle może raz na ruski rok ogarniając mózgiem co też kurwa mówi. – Z tali w sensie. Pociągnijcie kartę. Jedną. Chce zobaczyć czy... – nie wyjebać jej przez okno? Czy taka wróżba w ogóle ma sens? W głowie lekko jej się zakręciło, a nerwy na ten krótki moment, nerwy minionej nocy, nerwy zamartwiania się o Alastora, o Eden, o Peregrinusa, o Zakon i o tych dwóch debili loczkowanych złamasów pieprzonych dały o sobie znać, więc właściwie było to całkiem naturalne, że odkręciła butelkę z whisky i przepłukała nią gardło.
– Mam nadzieję, że nie nabawiliście się padaki przed ogniem. Będę musiała zapalić. Ale nie wiem czy tu, czy lepiej wyjść na dach.. – przyznała się z wzrokiem utkwionym w szybie okna. Wyjście na dach oznaczało wylezienie przez okno obviously. No przecież musiała słuchać o czym napierdalają za jej plecami.
Coś mogło z tego wyniknąć dobrego, prawda?
Butelka taniej whisky z łoskotem uderzyła o blat nocnej szafki.
– Picie mamy, ale żeby rozlać, to musimy najpierw osuszyć herbatę. Chyba, że z gwinta, mi jakby co nie robi. – Dodała, podejrzewała, że Thomasowi też nie, ale chuj wiedział francuskiego pieseczka Prewetta, który owszem pił z nią z gwinta, ale jak już był mocno najebany.
Nagle w dłonie wpadła jej wyjątkowa talia, która równie wyjątkowo ją rozbawiła w kontekście Figga. Z każdej karty patrzyła na nich kot. No może czasem to była kocia czaszka. Niewiele myśląc przetasowała ją i sięgnęła po jedną. Tak tylko dla zabawy.
Rzut Tarot 1d78 - 58
Paź Pucharów
Paź Pucharów
Zbladła. Usta zamieniły się w wąską linię. Czarny jebany kot zaglądał do akwarium w której pływała rybka. Jego złote oko śledziło każdy jej ruch. Rybeczka nie mogła czmyhnąć ograniczona szklaną ścianą. Ograniczona okolicznościami. Wypuściła krótkie spojrzenie w stronę siedzących mężczyzn. Potem znów spojrzała na kartę. Pierdolone. W papierową dupę. Karty.
Pospiesznie ukryła kartę w talii i cisnęła ją między swoich współlokatorów. Znaczy w stronę swoich gości, przecież oczywiście że była to sytuacja przejściowa.
– A weźcie sobie pociągnijcie co? Chce popatrzeć – umilkła nagle może raz na ruski rok ogarniając mózgiem co też kurwa mówi. – Z tali w sensie. Pociągnijcie kartę. Jedną. Chce zobaczyć czy... – nie wyjebać jej przez okno? Czy taka wróżba w ogóle ma sens? W głowie lekko jej się zakręciło, a nerwy na ten krótki moment, nerwy minionej nocy, nerwy zamartwiania się o Alastora, o Eden, o Peregrinusa, o Zakon i o tych dwóch debili loczkowanych złamasów pieprzonych dały o sobie znać, więc właściwie było to całkiem naturalne, że odkręciła butelkę z whisky i przepłukała nią gardło.
– Mam nadzieję, że nie nabawiliście się padaki przed ogniem. Będę musiała zapalić. Ale nie wiem czy tu, czy lepiej wyjść na dach.. – przyznała się z wzrokiem utkwionym w szybie okna. Wyjście na dach oznaczało wylezienie przez okno obviously. No przecież musiała słuchać o czym napierdalają za jej plecami.