Iskander stał w salonie spalonego mieszkania, jego wzrok przesuwał się po czarnych, zwęglonych ścianach i popiołach, które kiedyś były domem. Każdy zapach dymu, każda połamana deska, każdy skrzypiący kawałek mebla sprawiały, że serce ściskało mu się boleśnie – a jednak nie to ogarniało cały jego umysł.
Renigald. Jego obsesja, jego światło, jego oddech. Każda chwila do momentu dotarcia Iskandera do domu ciągnęła się jak wieczność, a strach, że brat mógł nie przetrwać, palił go od środka. Tak bardzo bał się, że go straci, że wręcz czuł, jak kolory z jego życia stopniowo znikają. Potem nie liczyło się już nic poza tym, że odnalazł Renigalda, zobaczył jego twarz, przekonał się, że bije w nim życie. Cały świat mógł spłonąć, ale jeśli Renigald stał przed nim, wszystko inne traciło znaczenie.
Iskander zauważył krzesło przesuwające się po popękanej podłodze, jakby miało własną wolę. Na moment zatrzymał oddech – dziwne, że w tym chaosie coś tak drobnego potrafiło go zaskoczyć – a potem, nie mogąc powstrzymać krótkiego, cichego uśmiechu, pozwolił, by drobna rozrywka przebiła ciężar chwili, choć jego oczy wciąż powracały do twarzy brata.
- Jest całkiem urocze, sam przyznaj - zaśmiał się pod nosem, po czym pogłaskał go delikatnie po policzku i przelotnie pocałował w czoło.
- Może kupimy wspólnie jakieś mieszkanie...? - rzucił niby niezobowiązującym tonem, choć jego serce na samą myśl przyspieszyło znacznie, obijając się o żebra tak mocno, że miał wrażenie, że jest teraz słyszalne przynajmniej dla całego bloku. Wydawał się też zupełnie nie brać pod uwagę faktu, że wciąż jeszcze pracował na stażu u dziadka we Francji, jakby to było sprawą drugorzędną.
@Renigald Malfoy