Zniszczenia w mieszkaniu Renigalda mogłyby poruszyć każdego innego – zwęglone ściany, popękane szkło, resztki dawnego życia porozrzucane jak proch po podłodze. Ale dla Iskandera wszystko to było niczym; prawdziwą wagę miało jedynie to, że brat stał tuż obok, cały i zdrowy, że jego obecność nie została odebrana przez bezlitosny ogień.
Miłość, którą w sobie nosił, była zarazem błogosławieństwem i przekleństwem – nigdy nie wybrzmiała wśród innych jego słów, nigdy nie została wypowiedziana głośno w towarzystwie, a mimo to była namacalna. Nie musieli mówić – obaj doskonale wiedzieli, że między nimi istnieje więź silniejsza niż jakiekolwiek prawo, zakaz czy konwenans.
A myśl, że mogliby zamieszkać razem, zostawić za sobą popioły i wspólnie kupić nowy dom, rozpalała w Iskanderze cichą euforię. To marzenie, które nosił od dawna, nagle wydawało się możliwe – wspólna przestrzeń, wspólne noce, wspólne życie, w którym nie byłoby już miejsca na ukrywanie uczuć, a jedynie na ich spełnienie.
Myśl o nowym domu tętniła w głowie Iskandera jak najpiękniejszy ze snów. Widział to oczami wyobraźni – jasne wnętrza, w których rozbrzmiewałby śmiech Renigalda, kominek, przy którym wieczorami mogliby siedzieć ramię w ramię, i ogród, gdzie w ciszy rozkwitałyby rośliny, których sam doglądałby z oddaniem. Nie pragnął przepychu – Malfoy'owie zawsze mieli bogactwo. On marzył o przestrzeni, w której każdy gest, każdy dotyk, każdy poranek byłby ich wspólny, wolny od spojrzeń obcych i od ciężaru sekretów.
Wyobrażał sobie, jak wracają tam razem po długim dniu – Renigald zdejmujący płaszcz, on sam podający mu kielich wina, a później zwykła, codzienna cisza, która nagle nabierała znaczenia większego niż wszelka magia. W tym domu nie musieliby nic udawać. W tym domu mogliby być sobą – bratem i kimś jeszcze, wszystkim, czym od dawna byli, choć nigdy nie odważyli się nazwać tego głośno.
To było jego marzenie. I wiedział, że jeśli Renigald mu je da, jeśli zechce w nim uczestniczyć – nie będzie już potrzebował niczego więcej.
- Naprawdę chciałbyś zamieszkać... ze mną? - zapytał po chwili, niepewnie, wpatrując się w brata szeroko otwartymi oczami i z sercem wciąż łomoczącym w piersi tak mocno, że aż boleśnie. Nie dowierzał, że Renigald naprawdę się na to zgodził. Po chwili na jego twarzy pojawił się niepewny uśmiech, a jego palce powędrowały na szyję brata, obejmując ją w czułym geście.
- Właściwie niedługo po tym, jak zacząłem tam staż, dziadek uznał, że radzę sobie na tyle dobrze, że postanowił mi płacić jak za normalną pracę. - wzruszył lekko ramionami, a uśmiech na jego ustach się poszerzył. - Rodzice o tym nie wiedzą i chyba nie muszą. Niech myślą, że była to dla mnie tylko "kara i wskazanie dobrej drogi".
@Renigald Malfoy