29.09.2025, 15:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.10.2025, 17:08 przez Lazarus Lovegood.
Powód edycji: dodano znacznik końca
)
z Lorien => oboje opuszczają kiermasz
Wysłuchał tego, co Lorien miała do powiedzenia o Velaris. Poznał swoją poprzedniczkę tylko poprzez nieliczne i niekompletne wykonane jej ręką zapiski, które miał okazję widzieć, ale to wystarczyło, by wyrobił sobie na jej temat zdanie, jak wierzył - lepsze, niż jedynie na podstawie statusu krwi, o którym nie omieszkała wspomnieć sędzina. Brak możliwości dokonania transferu wiedzy był niekorzystną okolicznością, ale nie taką, która uniemożliwiałaby mu pracę. Nie w takich okolicznościach przychodziło mu już obejmować stanowiska.
- Moja ocena stażystów nie jest surowa, tylko realistyczna - powiedział spokojnie - Jeżeli ktoś taki trafi pod moje skrzydła, dołożę wszelkich starań, by wdrożyć go do pracy. Jednak bezpośrednia współpraca z Anthonym… Jak sama pani przed chwilą powiedziała, być godnym następcą Lisy Velaris to nie lada wyzwanie.
Pominął milczeniem pytanie o to, kto wyszedł z propozycją zatrudnienia. Nie miał zamiaru dzielić się z nikim szczegółami ich układu. To zresztą nie miało znaczenia. Zmarłym nie robiło różnicy, jak szybko zostali zastąpieni, czy zapomniani, wiedział o tym najlepiej, a żywi potrzebowali… cóż, w przypadku Shafiqa i Lovegooda - niewykluczone, że siebie nawzajem.
- Rozumiem, że przemawia przez panią troska o wspólne dobro - zerknął na czarownicę: czyżby? czyje? - To prawda, bierność i bezwładność to główne problemy Ministerstwa. Nie jedyne. Potrzebujemy… wspólnego frontu. Odwagi. I pewności, że możemy na sobie polegać… wzajemnie - podkreślił lekko ostatnie słowo - Cieszę się, że się zgadzamy.
Jego mina nie wyrażała radości, kiedy to mówił. Nie wyrażała dokładnie nic, kiedy wbił w nią ciężki, uważny wzrok.
Czy naprawdę chodzi nam o to samo? Ja wiem, gdzie leży moja lojalność. A Ty, Lorien Mulciber, de domo Crouch?
Doskonale wiedział, jak bardzo zmienia perspektywę przekonanie, że jakiekolwiek cele inne, niż krótkoterminowe, są poza zasięgiem. Wciąż nie miał odwagi planować dalej, niż na kilka miesięcy wprzód. Jak blisko była ona?
- Dziękuję za ostrzeżenie odnośnie owoców i za wiarę w moje zdolności utrzymania Anthony’ego Shafiqa za biurkiem - jego usta drgnęły w ledwie dostrzegalnym uśmiechu - I proszę się nie obawiać. Traktuję moje obowiązki bardzo poważnie, ale… jestem tylko szeregowym pracownikiem. Jeżeli Ministerstwo potrzebuje Anthony’ego tak bardzo, to… cóż, duży ciężar, jak na barki jednego czarodzieja.
Pożegnał ją równie uprzejmie i patrzył, jak obładowana paczkami i przebrana za zwykłą kobietę sędzina Mulciber znika w tłumie. Dostrzegał i zapamiętywał wszystko - zawoalowane groźby, protekcjonalne uwagi, wymierzone pytania - doskonale świadom gry, która się tu odbywała, nawet, jeżeli nie uczestniczył w niej z pasją i zręcznością równą innym, którzy mieli realną szansę wygrać więcej. Spędził wiele lat w najeżonych zasadzkami korytarzach, gdzie jeden niewłaściwy krok mógł wiele kosztować, a to nawet najbardziej opornych uczyło czujności i zbierania wszelkich informacji mogących się okazać przydatnymi.
Westchnął. Klątwy, na które natykał się wcześniej, w starożytnych grobowcach i skarbcach, wydawały się przy tym nieraz prostymi łamigłówkami.
Wysłuchał tego, co Lorien miała do powiedzenia o Velaris. Poznał swoją poprzedniczkę tylko poprzez nieliczne i niekompletne wykonane jej ręką zapiski, które miał okazję widzieć, ale to wystarczyło, by wyrobił sobie na jej temat zdanie, jak wierzył - lepsze, niż jedynie na podstawie statusu krwi, o którym nie omieszkała wspomnieć sędzina. Brak możliwości dokonania transferu wiedzy był niekorzystną okolicznością, ale nie taką, która uniemożliwiałaby mu pracę. Nie w takich okolicznościach przychodziło mu już obejmować stanowiska.
- Moja ocena stażystów nie jest surowa, tylko realistyczna - powiedział spokojnie - Jeżeli ktoś taki trafi pod moje skrzydła, dołożę wszelkich starań, by wdrożyć go do pracy. Jednak bezpośrednia współpraca z Anthonym… Jak sama pani przed chwilą powiedziała, być godnym następcą Lisy Velaris to nie lada wyzwanie.
Pominął milczeniem pytanie o to, kto wyszedł z propozycją zatrudnienia. Nie miał zamiaru dzielić się z nikim szczegółami ich układu. To zresztą nie miało znaczenia. Zmarłym nie robiło różnicy, jak szybko zostali zastąpieni, czy zapomniani, wiedział o tym najlepiej, a żywi potrzebowali… cóż, w przypadku Shafiqa i Lovegooda - niewykluczone, że siebie nawzajem.
- Rozumiem, że przemawia przez panią troska o wspólne dobro - zerknął na czarownicę: czyżby? czyje? - To prawda, bierność i bezwładność to główne problemy Ministerstwa. Nie jedyne. Potrzebujemy… wspólnego frontu. Odwagi. I pewności, że możemy na sobie polegać… wzajemnie - podkreślił lekko ostatnie słowo - Cieszę się, że się zgadzamy.
Jego mina nie wyrażała radości, kiedy to mówił. Nie wyrażała dokładnie nic, kiedy wbił w nią ciężki, uważny wzrok.
Czy naprawdę chodzi nam o to samo? Ja wiem, gdzie leży moja lojalność. A Ty, Lorien Mulciber, de domo Crouch?
Doskonale wiedział, jak bardzo zmienia perspektywę przekonanie, że jakiekolwiek cele inne, niż krótkoterminowe, są poza zasięgiem. Wciąż nie miał odwagi planować dalej, niż na kilka miesięcy wprzód. Jak blisko była ona?
- Dziękuję za ostrzeżenie odnośnie owoców i za wiarę w moje zdolności utrzymania Anthony’ego Shafiqa za biurkiem - jego usta drgnęły w ledwie dostrzegalnym uśmiechu - I proszę się nie obawiać. Traktuję moje obowiązki bardzo poważnie, ale… jestem tylko szeregowym pracownikiem. Jeżeli Ministerstwo potrzebuje Anthony’ego tak bardzo, to… cóż, duży ciężar, jak na barki jednego czarodzieja.
Pożegnał ją równie uprzejmie i patrzył, jak obładowana paczkami i przebrana za zwykłą kobietę sędzina Mulciber znika w tłumie. Dostrzegał i zapamiętywał wszystko - zawoalowane groźby, protekcjonalne uwagi, wymierzone pytania - doskonale świadom gry, która się tu odbywała, nawet, jeżeli nie uczestniczył w niej z pasją i zręcznością równą innym, którzy mieli realną szansę wygrać więcej. Spędził wiele lat w najeżonych zasadzkami korytarzach, gdzie jeden niewłaściwy krok mógł wiele kosztować, a to nawet najbardziej opornych uczyło czujności i zbierania wszelkich informacji mogących się okazać przydatnymi.
Westchnął. Klątwy, na które natykał się wcześniej, w starożytnych grobowcach i skarbcach, wydawały się przy tym nieraz prostymi łamigłówkami.
Postacie opuszczają sesję