30.09.2025, 07:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2025, 07:47 przez Jahnavi Pandit.)
No to sobie pogadali, nie ma co.
Ale przynajmniej się najwyraźniej dogadali, bo najwyraźniej pan Lestrange zaakceptował fakt, że całego stoiska nie wykupi, a panna Pandit mogła odetchnąć z ulgą, że jej się tu nie zaczął awanturować. Czasami ludzie krzyczeli. Nie rozumiała dlaczego akurat na nią, ale zdarzało im się. Kumulujący się w nich smutek i gniew i żal znajdował ujście jak para w czajniku - po prostu wybuchali.
Nie lubiła tego.
Ale ten wydawał się być co najmniej miły.
Uśmiechnęła się prześlicznie dostając monetę i skłoniła w podziękowaniu głową. Monetę włożyła do koszyka, w którym siedział królik, pilnujący całego dziennego zarobku jak smok na swojej hordzie złota. Tylko o wiele bardziej niebezpieczniejszy.
Ujęła dłoń Rodolphusa balansując gdzieś na granicy uprzejmej czułości i profesjonalizmu. Nie było tu mowy o żadnym brutalnym łapaniu za nadgarstek jak to lubiły czynić stare cyganki, wyginaniu palców czy przeoraniu zaklęciem skóry, żeby dostać cenną krew.
Jahnavi była ostrożna.
Była delikatna.
Najgorsze z tego wszystkiego, że była zwyczajnie dobra, żyjąc w świecie, który dobro miał za nic.
Powstrzymała wrodzoną ciekawość przed spojrzeniem w linie losu tak wyraźnie odznaczające się na dłoni mężczyzny. Nie za to płacił, nie tego u niej szukał. Zamiast tego wbiła ostrożnie igłę w opuszkę jego palca wskazującego.
Kropla krwi spadła na sproszkowaną mieszankę ziół i kości, a dziewczę natychmiast przyłożyło do ranki nasączony w eliksirze przeciwbólowym kawałek waty. Nie chciała, żeby go cokolwiek bolało. To nie musi boleć.
Okręciła tacą, poruszając bezgłośnie ustami w mantrze, która rozbrzmiewała jej w głowie. Rodolphus widział to już wcześniej - jak wróżbici tracą na moment kontakt z rzeczywistością, a ich oczy zachodzą mgłą. Wpatrywała się w kształt, powoli i wyraźnie formujący się na tacy przed jej oczami.
Skinęła sama do siebie głową - z wróżby całkiem zadowolona. Nieoczekiwani goście to dobra wiadomość!
Sięgnęła po pergamin. Jakże ona lubiła dobre wróżby!
Pana domostwo nawiedzą gości, których Pan nie widział dawno. Przyjadą i wniosą szczęście w Pana życie. Tacy gości to zawsze szczęście przecież.
Może rodzina. Może przyjacieli. Ich widzę w Pana przyszłości. Niech Pan ich czeka z utęsknieni i powita jak Bogi w sercu. Bogi się cieszą, gdy otwieramy domy dla tych co zaginęli.
Wręczyła Rodolphusowi pergamin. Proch z tacy zsypała do lnianego woreczka, w którym (jeśli czarodziej się przyjrzał) było już trochę takiego samego. Najwyraźniej nie była to jej pierwsza wróżba dzisiaj ani na pewno nie ostatnia.
Ale przynajmniej będzie miała czym nawozić krzaczki malin.
Ale przynajmniej się najwyraźniej dogadali, bo najwyraźniej pan Lestrange zaakceptował fakt, że całego stoiska nie wykupi, a panna Pandit mogła odetchnąć z ulgą, że jej się tu nie zaczął awanturować. Czasami ludzie krzyczeli. Nie rozumiała dlaczego akurat na nią, ale zdarzało im się. Kumulujący się w nich smutek i gniew i żal znajdował ujście jak para w czajniku - po prostu wybuchali.
Nie lubiła tego.
Ale ten wydawał się być co najmniej miły.
Uśmiechnęła się prześlicznie dostając monetę i skłoniła w podziękowaniu głową. Monetę włożyła do koszyka, w którym siedział królik, pilnujący całego dziennego zarobku jak smok na swojej hordzie złota. Tylko o wiele bardziej niebezpieczniejszy.
Ujęła dłoń Rodolphusa balansując gdzieś na granicy uprzejmej czułości i profesjonalizmu. Nie było tu mowy o żadnym brutalnym łapaniu za nadgarstek jak to lubiły czynić stare cyganki, wyginaniu palców czy przeoraniu zaklęciem skóry, żeby dostać cenną krew.
Jahnavi była ostrożna.
Była delikatna.
Najgorsze z tego wszystkiego, że była zwyczajnie dobra, żyjąc w świecie, który dobro miał za nic.
Powstrzymała wrodzoną ciekawość przed spojrzeniem w linie losu tak wyraźnie odznaczające się na dłoni mężczyzny. Nie za to płacił, nie tego u niej szukał. Zamiast tego wbiła ostrożnie igłę w opuszkę jego palca wskazującego.
Kropla krwi spadła na sproszkowaną mieszankę ziół i kości, a dziewczę natychmiast przyłożyło do ranki nasączony w eliksirze przeciwbólowym kawałek waty. Nie chciała, żeby go cokolwiek bolało. To nie musi boleć.
Okręciła tacą, poruszając bezgłośnie ustami w mantrze, która rozbrzmiewała jej w głowie. Rodolphus widział to już wcześniej - jak wróżbici tracą na moment kontakt z rzeczywistością, a ich oczy zachodzą mgłą. Wpatrywała się w kształt, powoli i wyraźnie formujący się na tacy przed jej oczami.
Rzut Symbol 1d258 - 47
Gęś (nieoczekiwani goście)
Gęś (nieoczekiwani goście)
Skinęła sama do siebie głową - z wróżby całkiem zadowolona. Nieoczekiwani goście to dobra wiadomość!
Sięgnęła po pergamin. Jakże ona lubiła dobre wróżby!
Pana domostwo nawiedzą gości, których Pan nie widział dawno. Przyjadą i wniosą szczęście w Pana życie. Tacy gości to zawsze szczęście przecież.
Może rodzina. Może przyjacieli. Ich widzę w Pana przyszłości. Niech Pan ich czeka z utęsknieni i powita jak Bogi w sercu. Bogi się cieszą, gdy otwieramy domy dla tych co zaginęli.
Wręczyła Rodolphusowi pergamin. Proch z tacy zsypała do lnianego woreczka, w którym (jeśli czarodziej się przyjrzał) było już trochę takiego samego. Najwyraźniej nie była to jej pierwsza wróżba dzisiaj ani na pewno nie ostatnia.
Ale przynajmniej będzie miała czym nawozić krzaczki malin.