30.09.2025, 13:02 ✶
Miles była zadowolona z wróżby, tym bardziej że kurka przebiegła po polach Asa denarów, czyniąc z tej karty niejako główny drogowskaz dla przyszłości jej przyjaciółki. Nie była do końca świadoma jak bliska prawdy była karta Eremity - Longbottomówna nie była zbyt wylewna w dzieleniu się swoimi problemami, a i Miles miała dość charakterystyczny, niekoniecznie zdrowy sposób radzenia sobie z nimi. Również Moody była świadoma po ich rozmowie, że stanowiła w pewien sposób ich część, przez to że wyszła tak gwałtownie z poprzedniego spotkania i było jej bardzo głupio z tego powodu, ale starała się - chociażby dbając o Staw - by jakoś to Brence wynagrodzić. Czy skutecznie? Czas dopiero miał pokazać.
- Koło fortuny to wiesz Wielkie Możliwości, Wielki Rozpierdol, Wielkie Zmiany, Wielka Niewiadoma. A As denarów to możliwości hmm... takie małe, życiowe. Spokojne. Ta złota moneta to niekoniecznie galeon. Pomyśl o ogrodzie, o ziemi, rozkwicie nowego życia. Ta karta to świeży początek, ale związany z żywiołem ziemi właśnie. Spokój. Brzeg. Zobacz ten księżyc odbija się w hehe stawie, ale jest odwrócony. To jest dużo wody, dużo emocji, dużo wątpliwości strachu. Eremita stoi twardo na ziemi, a As daje tej ziemi trochę zieleni i miękkości. No i ta kura. To dobry znak Brenna. Zwłaszcza teraz, gdy wszystko co zielone to spalone. - rym przypadkowy, grymas imitujący usmiech na twarzy również.
Miles poprosiła o czarną i wściekle słodką herbatę - podobnie pijała kawę, zupełnie jakby ilość teiny czy kofeiny oraz cukru miała pomóc jej zneutralizować własny nadmiar energii. Tak się z resztą zwykle działo. Uspokajało ją to. Osadzało.
- Pójdę. Pójdę bo Alastorowi będzie przykro. I Bertiemu, bo wiesz... dołożył swoje złote góry żeby odbudować jedno miejsce i postanowił na parterze tam ogarnąć restaurację i w ogóle będzie super fancy. Szczerze... wolałabym pójść na cmentarz. Wiesz... do mamy. Nie lubię sabatów. Zwykle źle się dla mnie kończą, ale chuj z tym. - westchnęła ciężko. Beltane: szpital. Lammas: ptsd na pełnej kurwie i nieprzespana noc. Mabon...? Może wizyta u dentysty jak pójdzie jej całe szkliwo? - To tylko kilka godzin, co złego może się stać? Choć stary może mieć epicki ból dupy z powodu mojego przedłużającego się urlopu. Z drugiej strony, może dołożę tam kaktusa jak będę opowiadać o cudownym Papciu Morifnie który o mnie dba jak nikt inny w życiu? - plan ułożył się w jej głowie, usta po prostu przekazywały bezpośredni strumień myśli Moody. - A potem pójdę do mamy. To brzmi jak plan. Więc... eee... możemy się umówić na śniadanie. Zakonowe. Mogę przekazać moim chłopakom? Wydaje mi się, żę poprzedni wieczór też mają zajęty ze swoim rodzeństwem. No a potem jedziemy z Liszkiem na ślub, więc takie śniadanie mega mi się przyda, żeby nie ocipieć pośród tych wszystkich czystków godzinę później.
- Koło fortuny to wiesz Wielkie Możliwości, Wielki Rozpierdol, Wielkie Zmiany, Wielka Niewiadoma. A As denarów to możliwości hmm... takie małe, życiowe. Spokojne. Ta złota moneta to niekoniecznie galeon. Pomyśl o ogrodzie, o ziemi, rozkwicie nowego życia. Ta karta to świeży początek, ale związany z żywiołem ziemi właśnie. Spokój. Brzeg. Zobacz ten księżyc odbija się w hehe stawie, ale jest odwrócony. To jest dużo wody, dużo emocji, dużo wątpliwości strachu. Eremita stoi twardo na ziemi, a As daje tej ziemi trochę zieleni i miękkości. No i ta kura. To dobry znak Brenna. Zwłaszcza teraz, gdy wszystko co zielone to spalone. - rym przypadkowy, grymas imitujący usmiech na twarzy również.
Miles poprosiła o czarną i wściekle słodką herbatę - podobnie pijała kawę, zupełnie jakby ilość teiny czy kofeiny oraz cukru miała pomóc jej zneutralizować własny nadmiar energii. Tak się z resztą zwykle działo. Uspokajało ją to. Osadzało.
- Pójdę. Pójdę bo Alastorowi będzie przykro. I Bertiemu, bo wiesz... dołożył swoje złote góry żeby odbudować jedno miejsce i postanowił na parterze tam ogarnąć restaurację i w ogóle będzie super fancy. Szczerze... wolałabym pójść na cmentarz. Wiesz... do mamy. Nie lubię sabatów. Zwykle źle się dla mnie kończą, ale chuj z tym. - westchnęła ciężko. Beltane: szpital. Lammas: ptsd na pełnej kurwie i nieprzespana noc. Mabon...? Może wizyta u dentysty jak pójdzie jej całe szkliwo? - To tylko kilka godzin, co złego może się stać? Choć stary może mieć epicki ból dupy z powodu mojego przedłużającego się urlopu. Z drugiej strony, może dołożę tam kaktusa jak będę opowiadać o cudownym Papciu Morifnie który o mnie dba jak nikt inny w życiu? - plan ułożył się w jej głowie, usta po prostu przekazywały bezpośredni strumień myśli Moody. - A potem pójdę do mamy. To brzmi jak plan. Więc... eee... możemy się umówić na śniadanie. Zakonowe. Mogę przekazać moim chłopakom? Wydaje mi się, żę poprzedni wieczór też mają zajęty ze swoim rodzeństwem. No a potem jedziemy z Liszkiem na ślub, więc takie śniadanie mega mi się przyda, żeby nie ocipieć pośród tych wszystkich czystków godzinę później.