30.09.2025, 13:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2025, 13:27 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie złościła się na Millie za jej ucieczkę. Może pokazywało to, że nie była w stanie panować nad nastrojami i ktoś inny sprosta temu lepiej, ale zdecydowanie nie było tutaj niczego, co wymagałoby wynagradzania albo miało powodować animozje.
– Hm, codziennie, drobne możliwości brzmią lepiej niż wielki rozpierdol. Dzięki za miłą wróżbę – oceniła, chyba wręcz trochę zaskoczona, że w takim razie wypadła jej naprawdę pozytywna karta. Podchodziła do tego odruchowo jakoś podejrzliwie, bo wydawała się zapowiadać, że stanie się coś miłego, a Brenna... chyba w ostatnim czasie odwykła od spodziewania się takich rzeczy. Nawet jeżeli odwrócony księżyc, w którego świetle wszystko się mieniło i przybierało kłamliwe postacie, mógł nadawać układowi trochę mniej przyjemnego znaczenia. - Cieszę się. W sensie, że pójdziesz. I że Bertie będzie z wami - powiedziała, z pewną ulgą, bo Bertie był najcudowniejszym człowiekiem pod słońcem, i przy całej swej dobroci zdawał się nie dostrzegać niczego, co złe, i jakoś uderzał jak taran w takie problematyczne sytuacje, w razie potrzeby pewnie więc sam jeden poprowadzi całą rozmowę za wszystkich Moodych. No i na pewno zaserwuje im kolację, której długo nie zapomnę. – Pójść tam z tobą czy wolisz być sama?
Spodziewała się odpowiedzi – że Miles woli być sama albo zabrać tam kogoś innego – ale wolała w takich chwilach spytać niż ryzykować, że Moody skończy nad grobem samotna, kiedy wolałaby mieć towarzystwo.
Uniosła do ust filiżankę: sama wybrała tym razem zieloną herbatę, dobrą o tej porze, a poza tym podobno była świetnym wyborem na stres, więc czemu nie?
– Chodzi ci o ślub Geraldine Yaxley? – spytała ostrożnie. Miała nieco ambiwalentne odczucia, bo z jednej strony lubiła Ger, z drugiej pamiętała, że ta niedawno spotykała się z Thomasem, no i… – Też ledwo co dostałam zaproszenie, jeszcze nie zdecydowałam, czy pójdę. Na pewno uważaj na Borginów, są spokrewnieni, więc mogą się tam kręcić.
A jeżeli co do kogoś była pewna w stu procentach, że popiera śmierciożerców, to co do Stanleya i jego dzielnego sekundanta, Anthony’ego, wobec którego wciąż czuła jakąś mieszankę żalu, złości i poczucia winy.
– Hm, codziennie, drobne możliwości brzmią lepiej niż wielki rozpierdol. Dzięki za miłą wróżbę – oceniła, chyba wręcz trochę zaskoczona, że w takim razie wypadła jej naprawdę pozytywna karta. Podchodziła do tego odruchowo jakoś podejrzliwie, bo wydawała się zapowiadać, że stanie się coś miłego, a Brenna... chyba w ostatnim czasie odwykła od spodziewania się takich rzeczy. Nawet jeżeli odwrócony księżyc, w którego świetle wszystko się mieniło i przybierało kłamliwe postacie, mógł nadawać układowi trochę mniej przyjemnego znaczenia. - Cieszę się. W sensie, że pójdziesz. I że Bertie będzie z wami - powiedziała, z pewną ulgą, bo Bertie był najcudowniejszym człowiekiem pod słońcem, i przy całej swej dobroci zdawał się nie dostrzegać niczego, co złe, i jakoś uderzał jak taran w takie problematyczne sytuacje, w razie potrzeby pewnie więc sam jeden poprowadzi całą rozmowę za wszystkich Moodych. No i na pewno zaserwuje im kolację, której długo nie zapomnę. – Pójść tam z tobą czy wolisz być sama?
Spodziewała się odpowiedzi – że Miles woli być sama albo zabrać tam kogoś innego – ale wolała w takich chwilach spytać niż ryzykować, że Moody skończy nad grobem samotna, kiedy wolałaby mieć towarzystwo.
Uniosła do ust filiżankę: sama wybrała tym razem zieloną herbatę, dobrą o tej porze, a poza tym podobno była świetnym wyborem na stres, więc czemu nie?
– Chodzi ci o ślub Geraldine Yaxley? – spytała ostrożnie. Miała nieco ambiwalentne odczucia, bo z jednej strony lubiła Ger, z drugiej pamiętała, że ta niedawno spotykała się z Thomasem, no i… – Też ledwo co dostałam zaproszenie, jeszcze nie zdecydowałam, czy pójdę. Na pewno uważaj na Borginów, są spokrewnieni, więc mogą się tam kręcić.
A jeżeli co do kogoś była pewna w stu procentach, że popiera śmierciożerców, to co do Stanleya i jego dzielnego sekundanta, Anthony’ego, wobec którego wciąż czuła jakąś mieszankę żalu, złości i poczucia winy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.