Samotność nigdy nie była dla niego stanem naturalnym, raczej chorobą, która powoli toczyła wnętrze. Martin znosił ją gorzej, niż potrafiłby przyznać – nie dla niego były puste pokoje i cisza rozciągająca się jak lodowata tafla jeziora. Każdy wieczór, kiedy nie było nikogo obok, zdawał się głośniejszy od najstraszniejszych krzyków, bo milczenie własnych myśli miało w sobie coś bezlitosnego.
Sięgał więc po alkohol, początkowo nieśmiało, później coraz częściej, aż stał się on jedynym kompanem, który nie zadawał pytań. Wlewał w siebie kolejne łyki, udając, że pieczenie w gardle to oczyszczenie, że cierpki smak przytępia ból. Ale każdy kieliszek był tylko mostem do przeszłości – do twarzy syna, do wspomnienia dłoni, których już nie trzymał, do życia, którego nie zdołał ocalić.
Siedział nieraz godzinami w półmroku, wsłuchując się w szelest ciszy, w trzask drewna w kominku albo w echo własnego oddechu. I choć wiedział, że jutro znów wstanie, założy aurorską szatę i przywdzieje maskę opanowania, noc pozostawała jego klątwą. Samotność była jak wilk – nie atakowała od razu, ale krążyła coraz bliżej, gotowa rozszarpać, gdy tylko zabraknie siły, by podnieść się po kolejnym kieliszku.
Samotność stała się jeszcze cięższa, gdy jego przyjaciel wyjechał z Norwegii. Nagle zabrakło kogoś, kto rozumiał milczenie lepiej niż słowa, kogoś, z kim można było dzielić ciężar wspólnych wspomnień i zadań. Dom wypełniła pustka – krzesło przy stole stało się wyrzutem sumienia, a cisza gęstniała, jakby chciała go udusić. Martin próbował wmówić sobie, że wciąż potrafi żyć sam, ale prawda była taka, że każdy dzień miał w sobie coraz więcej szarości, a każda noc – coraz więcej butelek.
Kiedy w końcu odszedł "ze służby", przechodząc na zasłużoną emeryturę, zyskał coś, co wydawało się wolnością, a okazało się kolejną klątwą. Brak misji, brak adrenaliny, brak ludzi, których mógł chronić – to wszystko odebrało mu resztki sensu. Został sam, tylko ze swoimi bliznami, tatuażami i wspomnieniami, które wracały z większą siłą niż kiedykolwiek. Emerytura, którą inni nazywali odpoczynkiem, dla niego była powolnym pogrążaniem się w ciemności, z której coraz trudniej było się podnieść.
Czasem jednak wychodził z domu, żeby zrobić podstawowe zakupy lub odwiedzić zaprzyjaźnionego tatuażystę, jak właśnie tego dnia. Nie był pewien czy chce robić sobie kolejny tatuaż, ale z drugiej strony - trochę powierzchni jego ciała jeszcze pozostawało wolne, więc mógłby je zapełnić, jeśli miałby takie życzenie. Nie nastawiał się jednak na nic konkretnego, a na pewno nie nastawiał się na to, że spotka w studiu swojego byłego partnera z cudownych czasów aurorskich.
- Richard...? - wyrwało mu się niepewnie, tuż po tym, gdy przekroczył próg studia tatuażu i dostrzegł znajomą sylwetkę rozmawiającą z właścicielem. W tej chwili czas dla niego zwolnił, a wszystko inne - jak choćby przywitanie się ze znajomym tatuażystą - przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie.
@richard mulciber