30.09.2025, 21:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2025, 22:10 przez Lorraine Malfoy.)
Ojciec zawsze snuł opowieści. Prawdziwe, nieprawdziwe. Nigdy nie liczyło się, które były prawdziwe, a które nie. Liczyło się to, że wciąż mogli opowiadać je na nowo. Zawsze trochę inaczej. Być może bez tego nie byłby ojcem. Bez "i żyli długo i szczęśliwie", wypowiedzianego z pijacką manierą, w niewłaściwym miejscu, bo to brzmi przecież jak początek nowej opowieści, twierdziła kapryśnie Lorraine, a nie zakończenie starej.
Tym właśnie była jej spuścizna. Panieńskie wiano, jakie wyszykował jej ojciec. Głos. Matka zostawiła jej w posagu piosenki, od ojca dostała bajki... A jednak bajka, którą opowiadała Baldwinowi, była jej własną. Piosenka, którą mu wyśpiewała, była jej własną. Co więcej mogłaby mu dać poza wianem dziewicy? Została matką dziecka, które przywiódł z sobą do domu. Wiedziała, że przyjdzie jej zestarzeć się jak starusze z jego obrazów, zawsze jednak pod tym samym nazwiskiem. Zawsze Malfoy. Pozwoliła mu prześlizgnąć się wzrokiem po pierścieniu, który zdobił jej dłoń od chwili narodzin. Baldwin nosił dokładnie taki sam. Skrzywiła się lekko, gdy nacisnął na jej nadgarstki, dlatego tylko, że nie spodziewała się bólu. Zbyt upojona była jego słowami. Prostym "wrócę", powtarzanym w kółko w myślach. Prędzej oczekiwała pocałunku złożonego na wierzchu dłoni. Czegóż jeszcze potrzebował Baldwin Malfoy? Czegóż jeszcze mógł od niej chcieć? Nosiła na palcu rodowy pierścień niby obrączkę, wstążka, którą jej podarował, zdobiła jej szyję... Brakowało jeszcze bransoletek z siniaków, jakie niechybnie wykwitną na jej nadgarstkach, gdy wreszcie ją puści, pomyślała niemal z rozczuleniem.
Ach.
Zrozumiała, gdy przycisnął jej dłonie do okiennej framugi. Gdy kazał jej patrzeć na dom za oknem, szepcząc do ucha. "Nie będzie już Fridy. Nie będzie Maeve. Nie będzie..." Nie będzie Anthony'ego, dokończyła Lorraine, patrząc przed siebie, z wzrokiem posłusznie skupionym na rezydencji przyjaciela. Zastanawiała się jednak, czy dane mu będzie choć chwilę odpocząć tej nocy. Zbyt wiele brał na siebie, chcąc walczyć w wojnie, która nie była jego wojną. "Czy ty, Lorraine, miałabyś ochotę mi w tej wojnie towarzyszyć?", spytał ją, przed paroma dniami. A jednak była zbyt daleko, aby dojrzeć ślady wojennych zniszczeń na murach letniej rezydencji monsieur Shafiqa. Bogatsza część Little Hangleton pozostawała w stosownym oddaleniu. Kto by w końcu chciał widzieć biedną, rozwalającą się chatę, z wyżyn swego balkonu? A jednak przechodziła obok niej zawsze wtedy, gdy odwiedzała Anthony'ego, specjalnie nadkładając drogi. A Baldwin naprawdę myślał, że gotowa była, żeby stąd odejść? Że pewnego dnia obudzi się, a Lorraine już obok niego nie będzie?
Nie będzie Maeve.
Oczywiście, że nie będzie. Nikt nie żył przecież wiecznie. Ale miłość, wierzyła Lorraine, przetrwa wszystko. W snach, które śnili wszyscy śmiertelni, spotkają się obie na zielonych łąkach pokrytych kwieciem. Uśmiechniesz się do mnie ostatni raz, prawda, Maeve, mogłaby poprosić, zanim Baldwin kazałby jej zamknąć oczy, zawsze, gdy się uśmiechasz, czuję się tak, jak gdyby to był ten pierwszy raz.
Nie będzie Fridy.
Jak w ogóle można na coś takiego odpowiedzieć.
Jak.
Ach.
– Nie będzie i Calanthe. – Jeżeli ona musiała odrzucić wszystko, on też musiał. Nie śmiała odwrócić głowy w jego stronę, wyciągnęła jednak dumnie szyję, władczo wysuwając podbródek. Nie dlatego, że chciała mu się sprzeciwiać, okazując nieposłuszeństwo. Zawsze zaskakująco łatwo ulegała woli Baldwina, bo zwyczajnie zdawało się to jej właściwym. Jego wola była przecież jej wolą. "Wiem, czego ode mnie chcesz, Lorraine. I jeżeli takie jest twoje życzenie, wrócę." Tak jak siostrze należało się być posłuszną bratu, tak bratu należało się przecież szanować życzenia siostry. A słowo "siostra" mieniło się w ustach Baldwina znaczeniami. Jak wiele mogło znaczyć jedno słowo? Jak wiele mogło zmienić?
Wszystko i nic zarazem.
Gdy złożył swe dłonie na jej ramionach, zwyczajnie nakryła je swoimi dłońmi. Zbliżyła się ku niemu, nie odwracając głowy. Uniosła lekko ramiona, pieszczotliwie pocierając policzkiem o dłoń brata, po to tylko, aby za chwilę odchylić głowę delikatnie do tyłu. Rozluźniła się, całkowicie opierając na Baldwinie swój ciężar. Z plecami wspartymi o jego pierś, gotowa była uwierzyć w bluźniercze opowieści o tym, jakoby kobieta została stworzona z żebra mężczyzny.
Co Baldwin mógł wiedzieć o pętlach? Jej własna matka powiesiła się pod oknem sypialni jej ojca. W dowód swej pokurwiałej miłości zatańczyła dla Armanda ostatni raz na obijającym się o szybę konarze jabłoni. Czy ojciec widział jak białe, widmowe dłonie jej matki wyciągają się ku niemu z utęsknieniem? Czy słyszał, jak stukają w okno? Wpuść mnie, ukochany, prosiły, wyrywając go w środku nocy z małżeńskiego łoża, z objęć poślubionej mu kobiety. Czekam przy jabłoni. Powiesiła się pod jego oknem, aby już na zawsze jej ciało było pierwszą rzeczą, jaką miał pod powiekami, gdy wybudzał się ze snu.
"Pomyśl, jak to jest być snem niczyim pod tak wielu powiekami, a wtedy zrozumiesz, kim jest Baldwin Malfoy."
Gdy Rodolphus musnął dłonią zgięcie jej szyi, przesuwając wzdłuż zagłębienia obojczyka w niewypowiedzianen groźbie, Lorraine tylko popatrzyła na niego z pogardą. Kiedy to było? Wczoraj zaledwie. Wiedziała, że gdyby tylko poskarżyła się bratu, że poczuła się przez niego pohańbioną, ten przyniósłby jej dzisiaj odcięte dłonie Lestrange'a w darze. Co zrobiłby z mężczyzną, który zaatakował ją w nocy za progiem Necronomiconu? Nie zadawała sobie takich pytań, bo nie miało to znaczenia. Inni nigdy nie mieli znaczenia. Baldwin często jej o tym przypominał. Lubił jej o tym przypominać, tak jak robił to teraz, przyciskając jej dłonie do okiennej ramy, nigdy jednak nie przyznałby się, że to lubi.
Zwykle był przy tym okrutny. Zwykle był przy tym czuły.
Lorraine nie znała różnicy.
Może dlatego że matczyna miłość dusiła ją od zawsze jak zaciśnięta wokół szyi pępowina. Plotła sobie swój własny stryczek od maleńkości, odparzając dłonie na powrozach niewłaściwych miłości, choć nie te krępowały ją najbardziej. Najwięcej siebie wplotła w wianki dla Maeve, w warkoczyki Fridy, w narzutę tkaną na łóżko Baldwina. Czy pomyślał o tym, darując jej zieloną aksamitkę, którą nosiła na szyi? Nosiła ją przecież z własnej woli. Mogła nosić na co dzień szmaragdy, dać sobie nałożyć na szyję drogi naszyjnik niczym obrożę, a na palec obrączkę, która przysłoniłaby rodowy pierścionek Malfoyów, sygnet przynależący jej z racji urodzenia. A jednak nigdy tego nie zrobiła. Wiedziała, do kogo należy. Należała do cmentarnej ziemi, ciał trupów i toczącego je robactwa. Ledwie się narodziła, już należała do śmierci. Kochała śmierć jak gdyby była jej poślubiona. Kładła się do trumny zamiast do małżeńskiego łoża. Głodziła się, aby przypodobać się Kostusze, ale Baldwin wyrwał ją nawet i z tych ramion, zimnych jak grób, wtedy, gdy zszedł po nią do czeluści katakumb. Wszystko po to, aby teraz mogła bawić się nitką, której samotna pętelka wystawała ze szwu jego szaty, blisko rękawa. Lorraine przez chwilę bujała się na niej palcem. Nie widzisz, ukochany? Czekam przy jabłoni.
To na jej gałęzie patrzyła.
Nie na odległą rezydencję Anthony'ego, lecz na spaloną jabłoń pod domem.
Gdyby Baldwin mógł teraz zobaczyć odbicie twarzy Lorraine w szybie, dostrzegłby na niej jedynie spokój.
– Przysięgać na pusty grób – powtórzyła powoli za Baldwinem. – Pusta byłaby to przysięga. Odbijałaby się echem od ścian grobowca, w którym Ojciec nigdy nie chciał spocząć... Sama sobie odpowiadając na swoje przepełnione tęsknotą wołanie. Nie godzi się na to przysięgać.
Nie było w Lorraine zawahania. Przecięła palec na kawałku stłuczonej szyby, schowanym w okiennej ramie. Nie potrzebowała wiele. Wystarczyło, aby krwią naznaczyła jego usta, przejechawszy palcem po jego wargach. Znalazła je po omacku. Popękane od gorąca. Wilgotne. Wepchnęła weń palce, nie dbając o nic. Nie dbając, czy nie zahacza przypadkiem o zęby, czy o dziąsła, miękko przesunęła wzdłuż warg, rozsmarowując na ustach Baldwina krew. A potem to samo zrobiła ze swoimi ustami. Krew woła o krew, Baldwinie, a wszystek krwi, która płynie w twoich żyłach, należy do mnie, wyszeptały niemo usta poplamione krwią. "Weź ją sobie, jeśli masz odwagę", pisała w liście, "spróbuj przemienić tę przeklętą krew, o którą się ze mną targujesz, w coś pięknego". Ale Baldwin już był piękny. Z tym swoim głupim, złamanym nosem i twarzą pokrytą zadrapaniami. Z bluźnierczo ciemnymi włosami, pod którymi chował swój wstyd. Z palcami poplamionymi sadzą, zebraną ze spalonej ościeżyny.
– Jeżeli mam przysięgać na groby, chcę przysięgać na coś bliższego kościanej kaplicy, o której czasem szepczesz przez sen. Przysięgam na nasz wspólny grób. Bo gdy krew wyschnie, a kości obrócą się w proch, my wciąż będziemy leżeć w nim razem. Siostra i brat. Brat i siostra. – Wciąż czuła jego dotyk pod opuszkami palców. Miała go we włosach pokrytych popiołem, smakowała na poplamionych krwią wargach i języku. – Nic innego nie zostanie – wyszeptała.
A potem odwróciła się. Wyswobodziła się z jego ramion z gracją kota, który nie chce być już dłużej głaskany, co nie przeszkadza mu jednak otrzeć się o nogę swego pana na odchodnym.
– A więc dom... Będziemy musieli posprzątać. Ach, jak długo nam zajmie uporządkowanie wszystkiego, jak myślisz? Trzeba będzie odnowić główną salę, zanim zjawią się interesanci. Wiele pogrzebów przyjdzie nam obsłużyć. Spalona noc dopiero zacznie zbierać swe żniwo. – Kolejna opowieść bez początku i bez końca, opowiadana głosem tak wdzięcznie miękkim, tak słodkim, jak gdyby Lorraine nie żyła w świecie pełnym trosk, lecz bajek. Nawet jej krok był lekkim, gdy stąpała ostrożnie po nadwęglonych klepkach skrzypiącej podłogi. – Możemy odgruzować twój stary pokój – ciągnęła. – Obawiam się, że Alhazred znowu zaczął traktować go jako składzik, przyłapałam go na próbie wniesienia tam jakichś podejrzanych słojów wypełnionych formaliną... Weź, proszę, moją planszę, chcę nazrywać nam kwiatów, żeby było w Necronomiconie choć trochę przyjemniej. Ty też zerwij bukiet dla Scarlett. Szkoda, żeby się zmarnowały. Bo Scarlett zamieszka z nami, prawda? Zaproś ją. W swoim imieniu, w moim imieniu...
Dopiero stanąwszy na progu oblizała wargi, czerwone jak resztki dalii, które porastały kąt ogrodu. Część przetrwała pożary. Jednak nie wszystko zdołał strawić ogień, pomyślała, niemal radośnie.
Jednak coś zostało.
Cicho nucąc pod nosem Lament nimfy, wyszła do ogrodu, wiedząc, że Baldwin za chwilę do niej dołączy.
Tym właśnie była jej spuścizna. Panieńskie wiano, jakie wyszykował jej ojciec. Głos. Matka zostawiła jej w posagu piosenki, od ojca dostała bajki... A jednak bajka, którą opowiadała Baldwinowi, była jej własną. Piosenka, którą mu wyśpiewała, była jej własną. Co więcej mogłaby mu dać poza wianem dziewicy? Została matką dziecka, które przywiódł z sobą do domu. Wiedziała, że przyjdzie jej zestarzeć się jak starusze z jego obrazów, zawsze jednak pod tym samym nazwiskiem. Zawsze Malfoy. Pozwoliła mu prześlizgnąć się wzrokiem po pierścieniu, który zdobił jej dłoń od chwili narodzin. Baldwin nosił dokładnie taki sam. Skrzywiła się lekko, gdy nacisnął na jej nadgarstki, dlatego tylko, że nie spodziewała się bólu. Zbyt upojona była jego słowami. Prostym "wrócę", powtarzanym w kółko w myślach. Prędzej oczekiwała pocałunku złożonego na wierzchu dłoni. Czegóż jeszcze potrzebował Baldwin Malfoy? Czegóż jeszcze mógł od niej chcieć? Nosiła na palcu rodowy pierścień niby obrączkę, wstążka, którą jej podarował, zdobiła jej szyję... Brakowało jeszcze bransoletek z siniaków, jakie niechybnie wykwitną na jej nadgarstkach, gdy wreszcie ją puści, pomyślała niemal z rozczuleniem.
Ach.
Zrozumiała, gdy przycisnął jej dłonie do okiennej framugi. Gdy kazał jej patrzeć na dom za oknem, szepcząc do ucha. "Nie będzie już Fridy. Nie będzie Maeve. Nie będzie..." Nie będzie Anthony'ego, dokończyła Lorraine, patrząc przed siebie, z wzrokiem posłusznie skupionym na rezydencji przyjaciela. Zastanawiała się jednak, czy dane mu będzie choć chwilę odpocząć tej nocy. Zbyt wiele brał na siebie, chcąc walczyć w wojnie, która nie była jego wojną. "Czy ty, Lorraine, miałabyś ochotę mi w tej wojnie towarzyszyć?", spytał ją, przed paroma dniami. A jednak była zbyt daleko, aby dojrzeć ślady wojennych zniszczeń na murach letniej rezydencji monsieur Shafiqa. Bogatsza część Little Hangleton pozostawała w stosownym oddaleniu. Kto by w końcu chciał widzieć biedną, rozwalającą się chatę, z wyżyn swego balkonu? A jednak przechodziła obok niej zawsze wtedy, gdy odwiedzała Anthony'ego, specjalnie nadkładając drogi. A Baldwin naprawdę myślał, że gotowa była, żeby stąd odejść? Że pewnego dnia obudzi się, a Lorraine już obok niego nie będzie?
Nie będzie Maeve.
Oczywiście, że nie będzie. Nikt nie żył przecież wiecznie. Ale miłość, wierzyła Lorraine, przetrwa wszystko. W snach, które śnili wszyscy śmiertelni, spotkają się obie na zielonych łąkach pokrytych kwieciem. Uśmiechniesz się do mnie ostatni raz, prawda, Maeve, mogłaby poprosić, zanim Baldwin kazałby jej zamknąć oczy, zawsze, gdy się uśmiechasz, czuję się tak, jak gdyby to był ten pierwszy raz.
Nie będzie Fridy.
Jak w ogóle można na coś takiego odpowiedzieć.
Jak.
Ach.
– Nie będzie i Calanthe. – Jeżeli ona musiała odrzucić wszystko, on też musiał. Nie śmiała odwrócić głowy w jego stronę, wyciągnęła jednak dumnie szyję, władczo wysuwając podbródek. Nie dlatego, że chciała mu się sprzeciwiać, okazując nieposłuszeństwo. Zawsze zaskakująco łatwo ulegała woli Baldwina, bo zwyczajnie zdawało się to jej właściwym. Jego wola była przecież jej wolą. "Wiem, czego ode mnie chcesz, Lorraine. I jeżeli takie jest twoje życzenie, wrócę." Tak jak siostrze należało się być posłuszną bratu, tak bratu należało się przecież szanować życzenia siostry. A słowo "siostra" mieniło się w ustach Baldwina znaczeniami. Jak wiele mogło znaczyć jedno słowo? Jak wiele mogło zmienić?
Wszystko i nic zarazem.
Gdy złożył swe dłonie na jej ramionach, zwyczajnie nakryła je swoimi dłońmi. Zbliżyła się ku niemu, nie odwracając głowy. Uniosła lekko ramiona, pieszczotliwie pocierając policzkiem o dłoń brata, po to tylko, aby za chwilę odchylić głowę delikatnie do tyłu. Rozluźniła się, całkowicie opierając na Baldwinie swój ciężar. Z plecami wspartymi o jego pierś, gotowa była uwierzyć w bluźniercze opowieści o tym, jakoby kobieta została stworzona z żebra mężczyzny.
Co Baldwin mógł wiedzieć o pętlach? Jej własna matka powiesiła się pod oknem sypialni jej ojca. W dowód swej pokurwiałej miłości zatańczyła dla Armanda ostatni raz na obijającym się o szybę konarze jabłoni. Czy ojciec widział jak białe, widmowe dłonie jej matki wyciągają się ku niemu z utęsknieniem? Czy słyszał, jak stukają w okno? Wpuść mnie, ukochany, prosiły, wyrywając go w środku nocy z małżeńskiego łoża, z objęć poślubionej mu kobiety. Czekam przy jabłoni. Powiesiła się pod jego oknem, aby już na zawsze jej ciało było pierwszą rzeczą, jaką miał pod powiekami, gdy wybudzał się ze snu.
"Pomyśl, jak to jest być snem niczyim pod tak wielu powiekami, a wtedy zrozumiesz, kim jest Baldwin Malfoy."
Gdy Rodolphus musnął dłonią zgięcie jej szyi, przesuwając wzdłuż zagłębienia obojczyka w niewypowiedzianen groźbie, Lorraine tylko popatrzyła na niego z pogardą. Kiedy to było? Wczoraj zaledwie. Wiedziała, że gdyby tylko poskarżyła się bratu, że poczuła się przez niego pohańbioną, ten przyniósłby jej dzisiaj odcięte dłonie Lestrange'a w darze. Co zrobiłby z mężczyzną, który zaatakował ją w nocy za progiem Necronomiconu? Nie zadawała sobie takich pytań, bo nie miało to znaczenia. Inni nigdy nie mieli znaczenia. Baldwin często jej o tym przypominał. Lubił jej o tym przypominać, tak jak robił to teraz, przyciskając jej dłonie do okiennej ramy, nigdy jednak nie przyznałby się, że to lubi.
Zwykle był przy tym okrutny. Zwykle był przy tym czuły.
Lorraine nie znała różnicy.
Może dlatego że matczyna miłość dusiła ją od zawsze jak zaciśnięta wokół szyi pępowina. Plotła sobie swój własny stryczek od maleńkości, odparzając dłonie na powrozach niewłaściwych miłości, choć nie te krępowały ją najbardziej. Najwięcej siebie wplotła w wianki dla Maeve, w warkoczyki Fridy, w narzutę tkaną na łóżko Baldwina. Czy pomyślał o tym, darując jej zieloną aksamitkę, którą nosiła na szyi? Nosiła ją przecież z własnej woli. Mogła nosić na co dzień szmaragdy, dać sobie nałożyć na szyję drogi naszyjnik niczym obrożę, a na palec obrączkę, która przysłoniłaby rodowy pierścionek Malfoyów, sygnet przynależący jej z racji urodzenia. A jednak nigdy tego nie zrobiła. Wiedziała, do kogo należy. Należała do cmentarnej ziemi, ciał trupów i toczącego je robactwa. Ledwie się narodziła, już należała do śmierci. Kochała śmierć jak gdyby była jej poślubiona. Kładła się do trumny zamiast do małżeńskiego łoża. Głodziła się, aby przypodobać się Kostusze, ale Baldwin wyrwał ją nawet i z tych ramion, zimnych jak grób, wtedy, gdy zszedł po nią do czeluści katakumb. Wszystko po to, aby teraz mogła bawić się nitką, której samotna pętelka wystawała ze szwu jego szaty, blisko rękawa. Lorraine przez chwilę bujała się na niej palcem. Nie widzisz, ukochany? Czekam przy jabłoni.
To na jej gałęzie patrzyła.
Nie na odległą rezydencję Anthony'ego, lecz na spaloną jabłoń pod domem.
Gdyby Baldwin mógł teraz zobaczyć odbicie twarzy Lorraine w szybie, dostrzegłby na niej jedynie spokój.
– Przysięgać na pusty grób – powtórzyła powoli za Baldwinem. – Pusta byłaby to przysięga. Odbijałaby się echem od ścian grobowca, w którym Ojciec nigdy nie chciał spocząć... Sama sobie odpowiadając na swoje przepełnione tęsknotą wołanie. Nie godzi się na to przysięgać.
Nie było w Lorraine zawahania. Przecięła palec na kawałku stłuczonej szyby, schowanym w okiennej ramie. Nie potrzebowała wiele. Wystarczyło, aby krwią naznaczyła jego usta, przejechawszy palcem po jego wargach. Znalazła je po omacku. Popękane od gorąca. Wilgotne. Wepchnęła weń palce, nie dbając o nic. Nie dbając, czy nie zahacza przypadkiem o zęby, czy o dziąsła, miękko przesunęła wzdłuż warg, rozsmarowując na ustach Baldwina krew. A potem to samo zrobiła ze swoimi ustami. Krew woła o krew, Baldwinie, a wszystek krwi, która płynie w twoich żyłach, należy do mnie, wyszeptały niemo usta poplamione krwią. "Weź ją sobie, jeśli masz odwagę", pisała w liście, "spróbuj przemienić tę przeklętą krew, o którą się ze mną targujesz, w coś pięknego". Ale Baldwin już był piękny. Z tym swoim głupim, złamanym nosem i twarzą pokrytą zadrapaniami. Z bluźnierczo ciemnymi włosami, pod którymi chował swój wstyd. Z palcami poplamionymi sadzą, zebraną ze spalonej ościeżyny.
– Jeżeli mam przysięgać na groby, chcę przysięgać na coś bliższego kościanej kaplicy, o której czasem szepczesz przez sen. Przysięgam na nasz wspólny grób. Bo gdy krew wyschnie, a kości obrócą się w proch, my wciąż będziemy leżeć w nim razem. Siostra i brat. Brat i siostra. – Wciąż czuła jego dotyk pod opuszkami palców. Miała go we włosach pokrytych popiołem, smakowała na poplamionych krwią wargach i języku. – Nic innego nie zostanie – wyszeptała.
A potem odwróciła się. Wyswobodziła się z jego ramion z gracją kota, który nie chce być już dłużej głaskany, co nie przeszkadza mu jednak otrzeć się o nogę swego pana na odchodnym.
– A więc dom... Będziemy musieli posprzątać. Ach, jak długo nam zajmie uporządkowanie wszystkiego, jak myślisz? Trzeba będzie odnowić główną salę, zanim zjawią się interesanci. Wiele pogrzebów przyjdzie nam obsłużyć. Spalona noc dopiero zacznie zbierać swe żniwo. – Kolejna opowieść bez początku i bez końca, opowiadana głosem tak wdzięcznie miękkim, tak słodkim, jak gdyby Lorraine nie żyła w świecie pełnym trosk, lecz bajek. Nawet jej krok był lekkim, gdy stąpała ostrożnie po nadwęglonych klepkach skrzypiącej podłogi. – Możemy odgruzować twój stary pokój – ciągnęła. – Obawiam się, że Alhazred znowu zaczął traktować go jako składzik, przyłapałam go na próbie wniesienia tam jakichś podejrzanych słojów wypełnionych formaliną... Weź, proszę, moją planszę, chcę nazrywać nam kwiatów, żeby było w Necronomiconie choć trochę przyjemniej. Ty też zerwij bukiet dla Scarlett. Szkoda, żeby się zmarnowały. Bo Scarlett zamieszka z nami, prawda? Zaproś ją. W swoim imieniu, w moim imieniu...
Dopiero stanąwszy na progu oblizała wargi, czerwone jak resztki dalii, które porastały kąt ogrodu. Część przetrwała pożary. Jednak nie wszystko zdołał strawić ogień, pomyślała, niemal radośnie.
Jednak coś zostało.
Cicho nucąc pod nosem Lament nimfy, wyszła do ogrodu, wiedząc, że Baldwin za chwilę do niej dołączy.
Koniec sesji