30.09.2025, 21:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2025, 22:50 przez Lazarus Lovegood.)
Kiedy Ceolsige wspomniała o okolicznościach pozyskania zabójczej talii, klątwołamacz podniósł na nią uważne spojrzenie, a jego uśmiech stał się nieco szerszy - wciąż rozbawiony. Trochę znaczący.
- Oczywiście, że trywialne. Niewarte wzmianki - zgodził się z nią. Z powrotem skupił się na pudełku - To dobrze - pochwalił, usłyszawszy, że nie próbowała na własną rękę testować kart. Kiedy miało się do czynienia z przeklętymi przedmiotami, ostrożności nigdy nie było za wiele.
Ze słów Burke wynikało, że opakowanie zewnętrzne jest czyste. Lazarus mimo wszystko podniósł różdżkę - z czerwonawobrązowego drewna, smukłą i prostą, ozdobioną jedynie minimalistycznym zdobieniem - i zmarszczył brwi w skupieniu. Ostrożnie skierował odrobinę rozpraszającej magii na opakowanie.
Podstawowe, należące do programu nauczania w Hogwarcie zaklęcia każdy znał mniej więcej w podobnej formie. Były trochę jak charakter pisma - różniące się między czarodziejami, ale rozpoznawalne w swej esencji. Bardziej zaawansowane umiejętności, opanowywane zwykle indywidualnie, pod okiem mentorów, każdy czarodziej wykonywał po swojemu.
Lazarus miał zwyczaj wizualizować moc jako płyn. Potrzebował kropli. Rozrzedzonej, niewielkiej… diagnostycznej… ilości…
kap
Przesiąkła przez pudełko, nie napotykając na żadne nałożone na nie zaklęcia, a potem… znikła, wchłonięta przez coś silnego i mrocznego.
- Hmm… - mruknął czarodziej.
Wyprostował się i wciągnął w płuca aromatyczny tytoniowy dym, który wypełnił pomieszczenie, gdy kobieta zapaliła fajkę. Dzięki spersonifikowanym siłom natury bogom za ten zapach, zamiast swędu spalonych włosów, tłuszczu i skóry, który unosił się tu po pożarach… Na samo wspomnienie żółć podeszła mu do gardła.
Odłożył różdżkę na stół i przesunął palcami po nadpalonych końcach wstążki.
- Klimatyczne - powiedział i rozwiązał kokardkę, a potem otworzył pudełko i spojrzał na wysłużoną talię.
Była tam.
Spodziewał się jej po tym, jak rozbiła w puch jego zaklęcie rozpraszające. Dla kogoś niewprawionego w wykrywaniu klątw była niewidoczna, ale dla Lazarusa lśniła krwawo, wciąż jeszcze podrażniona po zetknięciu z rozproszeniem. Nie musiał nawet specjalnie się przyglądać. Uśmiechnął się krzywo.
- Tu cię mam… - szepnął tonem zarezerwowanym dla stworzeń odzianych w chitynowe pancerzyki i klątw właśnie. Przesunął różdżką nad kartami, śledząc runiczne warstwy klątwy.
Paradoksalnie, dość prosta konstrukcja. Aktywowana intencją wróżenia. Oparta na podstawowych skojarzeniach. Jedynym niuansem była siła rażenia proporcjonalna do arkanów - dlatego Wieża mogła zawalić cały budynek, ale czwórka Buław tylko obiła ofiarę.
Podniósł głowę i rzekł do Ceolsige:
- Miałaś rację. Brutalna. Silna, ale nie jakoś szczególnie skomplikowana. To dobrze, bo mogło się okazać, że ma osobny komponent na każdą kartę.
To byłoby żmudne. Nie niewykonalne, oczywiście, ale zajęłoby wiele czasu.
Dopił resztkę swojej herbaty.
- Życzysz sobie usunięcia tego, czy tylko… diagnostyki? - upewnił się.
- Oczywiście, że trywialne. Niewarte wzmianki - zgodził się z nią. Z powrotem skupił się na pudełku - To dobrze - pochwalił, usłyszawszy, że nie próbowała na własną rękę testować kart. Kiedy miało się do czynienia z przeklętymi przedmiotami, ostrożności nigdy nie było za wiele.
Ze słów Burke wynikało, że opakowanie zewnętrzne jest czyste. Lazarus mimo wszystko podniósł różdżkę - z czerwonawobrązowego drewna, smukłą i prostą, ozdobioną jedynie minimalistycznym zdobieniem - i zmarszczył brwi w skupieniu. Ostrożnie skierował odrobinę rozpraszającej magii na opakowanie.
Podstawowe, należące do programu nauczania w Hogwarcie zaklęcia każdy znał mniej więcej w podobnej formie. Były trochę jak charakter pisma - różniące się między czarodziejami, ale rozpoznawalne w swej esencji. Bardziej zaawansowane umiejętności, opanowywane zwykle indywidualnie, pod okiem mentorów, każdy czarodziej wykonywał po swojemu.
Lazarus miał zwyczaj wizualizować moc jako płyn. Potrzebował kropli. Rozrzedzonej, niewielkiej… diagnostycznej… ilości…
kap
Przesiąkła przez pudełko, nie napotykając na żadne nałożone na nie zaklęcia, a potem… znikła, wchłonięta przez coś silnego i mrocznego.
- Hmm… - mruknął czarodziej.
Wyprostował się i wciągnął w płuca aromatyczny tytoniowy dym, który wypełnił pomieszczenie, gdy kobieta zapaliła fajkę. Dzięki spersonifikowanym siłom natury bogom za ten zapach, zamiast swędu spalonych włosów, tłuszczu i skóry, który unosił się tu po pożarach… Na samo wspomnienie żółć podeszła mu do gardła.
Odłożył różdżkę na stół i przesunął palcami po nadpalonych końcach wstążki.
- Klimatyczne - powiedział i rozwiązał kokardkę, a potem otworzył pudełko i spojrzał na wysłużoną talię.
Percepcja - czy klątwa wali po oczach?
Rzut Z 1d100 - 55
Sukces!
Sukces!
Była tam.
Spodziewał się jej po tym, jak rozbiła w puch jego zaklęcie rozpraszające. Dla kogoś niewprawionego w wykrywaniu klątw była niewidoczna, ale dla Lazarusa lśniła krwawo, wciąż jeszcze podrażniona po zetknięciu z rozproszeniem. Nie musiał nawet specjalnie się przyglądać. Uśmiechnął się krzywo.
- Tu cię mam… - szepnął tonem zarezerwowanym dla stworzeń odzianych w chitynowe pancerzyki i klątw właśnie. Przesunął różdżką nad kartami, śledząc runiczne warstwy klątwy.
Paradoksalnie, dość prosta konstrukcja. Aktywowana intencją wróżenia. Oparta na podstawowych skojarzeniach. Jedynym niuansem była siła rażenia proporcjonalna do arkanów - dlatego Wieża mogła zawalić cały budynek, ale czwórka Buław tylko obiła ofiarę.
Podniósł głowę i rzekł do Ceolsige:
- Miałaś rację. Brutalna. Silna, ale nie jakoś szczególnie skomplikowana. To dobrze, bo mogło się okazać, że ma osobny komponent na każdą kartę.
To byłoby żmudne. Nie niewykonalne, oczywiście, ale zajęłoby wiele czasu.
Dopił resztkę swojej herbaty.
- Życzysz sobie usunięcia tego, czy tylko… diagnostyki? - upewnił się.