Tak właściwie to było całkiem zabawne, że Ambroise miał niedługo powitać na tym świecie nowego brata, albo siostrę i również swoje własne dziecko. Rody jak ich miały swoje prawa, czyż nie? Nie zastanawiała się jednak jeszcze nad tym, czy ona, czy jego macocha wydadzą na świat latorośl wcześniej. Całkiem śmieszne byłoby gdyby znalazły się tego samego dnia w Mungu... chociaż czy osoby, jak one rodziły dzieci w miejscu, w którym kręciło się tak wielu ludzi. Zapewne organizowały sobie prywatne porody w domu, czy coś. Będzie musiała to ustalić, ale do tego była jeszcze spora droga, ustalili już w końcu, że chodziło o pół roku, a więc naprawdę sporo czasu na nadrobienie braków informacyjnych.
Nie zastanawiała się też jakoś specjalnie nad tym, jak sprawy potoczą się w jej rodzinie. Nie da się ukryć, że to ona idealnie nadawałaby się na dziedzica rodu, co tu dużo mówić, ona opiekowała się rodziną, przejmowała powoli większość obowiązków związanych z ich rodzinną działalnością, jej starszy brat spierdolił z kraju bardzo dawno i nie spieszył się z powrotem, ba powoli zaczynała wątpić w to, że kiedykolwiek wróci, młodszy brat? Cóż, był wampirem, co od razu wykluczało go z pełnienia tej jakże zacnej roli. Ona była odpowiednim kandydatem, no właśnie tylko brakowało jej jednego - nie miała kutasa, co poniekąd dyskwalifikowało ją z zawodów na samym starcie. Nie dyskutowała jeszcze na ten temat z ojcem, może powinna, wiedziała, że był w stanie myśleć szerzej niż większość konserwatywnych czarodziejów, nieraz jej to udowodnił swoimi czynami.
- Na pewno nie mam. - Dodała całkiem lekko, bo przecież chyba przez te niemalże trzydzieści lat swojego życia, by to zauważyła. Oczywiście wiedziała, że zdarzyło jej się kilka, może nawet nieco więcej razy być czegoś pewną, chociaż nie miała ku temu powodów, jednak nie łączyło się to z żadnymi niesamowitymi umiejętnościami. Geraldine była zwykłym, szarym czarodziejem, i wcale jej to nie przeszkadzało.
- Ubaw? Gerard będzie najbardziej dumny na świecie. - Nie wątpiła w to, jakie cechy cenił sobie jej ojciec. Upartość należała do tych najbardziej przez niego docenianych, chociaż akurat on na własnej skórze przekonał się, że mogła nieść ze sobą również wiele chaosu. Nigdy jednak nie mówił jej, że przeszkadza mu to, w jaki sposób ona postępuje. Miała w ojcu wielkie wsparcie, spodziewała się również, że będzie naprawdę zadowolony kiedy doczeka się wnuczki. To o nim pomyślała jako o pierwszym ze staruszków, jej myśli nie powędrowały w stronę Jen, ani Thomasa, ani matki Ambroise'a, jakoś tak od razu miała przed oczami twarz Gerarda.
Zdawała sobie sprawę, że zapewne przyjdzie im uczyć się na własnych błędach. Nie pokazywano w szkole jak być dobrymi rodzicami, mieli jednak pewne doświadczenia wyniesione z domu, wiedziała, czego będzie chciała uniknąć, nie sugerowało to jednak tego, że wszystko będzie szło prosto, raczej spodziewała się jakichś perypetii zważając na to, że miało to być ich dziecko, na pewno nie będzie łatwe w obsłudze, zapewne też do tego wszystkiego bardzo rozpieszczone - tak to jest z pierwszymi wnukami w rodzinach, a jakoś tak się składało, że ich rodzice jak dotąd nie dorobili się żadnych innych wnucząt.
- To ja uszczęśliwię bombelka, tak, teraz spadniesz na pewno na drugie miejsce w rankingu rodziców chrzestnych. - Wiadomo, jak to jest, od zawsze gdzieś tam w tle odbywały się nieoficjalne wyścigi w tym, kto da lepszy prezent, kto spowoduje, że dziecko uśmiechnie się więcej razy, miała pewność, że ze szczeniaczkiem Greengrass nie wygra i była z tego niesamowicie zadowolona, ten pomysł był naprawdę wspaniały.
- Jak to mówią, dom jest tam, gdzie serce Twoje, czy coś? Ma je zapewne w klatce piersiowej, więc podróżuje razem z nim, więc jego dom jest wszędzie? - Spoglądała na Roisa zastanawiając się, czy jej filozoficzny wywód miał sens. Tak, wiedziała, że Benjy nie miał domu, ale nie sądziła, że mogłoby to w jakiś sposób ograniczać, bezdomni często mieli swoje psy. Miałby przynajmniej do kogo gębę otworzyć, gdy będzie mu smutno. Przemyślała to już i nic nie było w stanie odsunąć ją od tego pomysłu.