Przesyłka, jaką otrzymał dnia poprzedniego od Rodolphusa, była dużym zaskoczeniem. W dodatku takim, którego by Nicholas nigdy się nie spodziewał otrzymać. Żywe kokony, z których wykluć miały się młode motyle. Tak bardzo pasujące do jego pseudonimu, jako śmierciożercy. Do tego, motyle stały się widocznie jego charakterystycznym elementem.
Odebraną paczkę od sowy, otworzył w salonie. Pierw przeczytał którki list, a potem otworzył zawartość przesyłki. Gdy to zobaczył i zapoznał z instrukcją, siedząc na skórzanej kanapie, zastanawiał – po co to robił? Czy czegoś oczekiwał? Coś od niego chciał? Czy to przesyłka bez jakiegokolwiek celu? Mógł odesłać. Mógł odmówić przyjęcia tego cennego daru. To jednak miało w sobie coś wspaniałego. Nietypowego. Niezbyt dostępnego w tych rejonach. Coś, co Nicholasa interesowało, przyciągało. Tak jak ludzki nietypowy kolor oczu, tak widząc nazwę i przedstawioną grafikę motyla, egzotyczne stworzenie, aż prosiło się o zachowanie tutaj. Nie był jednak przygotowany na coś takiego i będzie musiał rozważyć jakąś szklarnię, czy może pomieszczenie do tych skrzydlatych stworzeń wybudować? O ile próby hodowlane przetrwają.
Wykonał wszystko zgodnie z podanymi wytycznymi, stawiając "farmę motyli" w odpowiednim miejscu, gdzie miały dobry dostęp do światła. Odpisał później Rodolphusowi, nie używając słów podziękowania. Nie potrafił tak. Nie widział w tym takiej potrzeby, gdyż o nic go nie prosił.
Kiedy spotkali się w pracy, dostarczając dokumentację do komnaty badań mózgu, Nicholas zaproponował spotkać się w miejscu spowitym mroczną ciszą, gdzie obaj mieszkali. Wystarczyło zostawić wsuniętą notkę, z propozycją spotkania i miejscem. Czekając na znak zgody lub odmowy. Ministerstwo Magii nie było miejscem, na rozmowy o tematach, których ściany nie powinny słyszeć. Dostając ten znak potwierdzenia, Travers opuścił jego biuro.
Wieczory stawały się coraz dłuższe. Nicholas opuszczając swój dom, odziany był w czarny płaszcz, z szalikiem na szyi, rękawiczkami na dłoniach. Uwielbiał tę porę dnia. Wieczory chłodne, a noce zimne. Nie raz zastanawiał się, jak to jest funkcjonować tylko nocą. Przypominając sobie życie w mroku Sauriela. Czy przemiana, uchroniłaby go od chorób z jakimi się zmaga? Czy będąc czarodziejem, stając stworzeniem nocy, zyskałby więcej umiejętności? Siły? Zdolności? Nie odziedziczył genu lykantropii. Czy w związku z tym, szukał innych rozwiązań?
Widząc w oddali znajomą sylwetkę, na chwilę przystanął, wsuwając ręce do kieszeni. Lestrange. Więź i zaufanie, które zostało zachwiane wraz ze śmiercią Roberta. Czy może, zaczęło się już wcześniej? W Mauzoleum? Po tym jak wyszli? Nicholas nigdy nie kochał. Nie umiał okazywać miłości. Jego serce wciąż było skute grubą warstwą lodu, mając jedynie rysę pęknięcia. Jakby już ktoś próbował ten lód zburzyć, roztopić.
Travers ruszył w kierunku cmentarza, chcąc najpewniej podejść w ciszy i stanąć obok. Spojrzeć na nagrobek, w jaki spoglądał jego współtowarzysz i były współlokator. Jednak ciszę musiał przerwać jego kaszel, z którym męczył się od samego wyjścia z Mauzoleum. Pracownicy Ministerstwa uznali ten objaw jako skutki po wdychaniu popiołu i dymu tamtej pamiętnej nocy, gdy niszczyli Londyn. Przynajmniej nie musiał się za bardzo nikomu z tego tłumaczyć. Zakrył usta dłonią, aby odkaszlnąć i gdy mu przeszło, spojrzał na Rodolphusa. Nie tak chciał zaznaczyć swoje przybycie. Nie miał jednak na to wpływu.