01.10.2025, 23:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2025, 18:52 przez Millie Moody.)
Wszystko wydarzyło się w chuj szybko.
Miała wrażenie, że od samych lodów ze Stonks po Spalonej, a dzisiejszym dniem nie upłynęły dni, a godziny. Ceremonia była oczywiście wyjebana w kosmos, tysiące ludzi brało w tym udział, żeby wszystko było dopięte na ostatni guziczuszek, a papcio Yaxley nie szczędził złota na ślub swojego oczka w głowie. Przepych przytłaczał ją, ale od przekroczenia progu domostwa dokładała wszelkich starań, żeby nie dawać tego po sobie poznać. Rzadko odwiedzała Ger u niej u niej, kiedy były razem łatwo było zapomnieć, że dzieli je majątkowa przepaść. Wiedziała, że musi się na to przygotować, ale jedno wiedzieć, drugie się z tym mierzyć.
Moody miała też koszmarne wrażenie, że powinna ogarniać bardziej, angażować się bardziej, ale nawet gdy dziś przybyła do Snowdonii i pomagała przyjaciółce wbić się w kieckę, to już inne ręce się pchały, żeby to robić lepiej, skuteczniej i no... bardziej profesjonalnie. Co ona z resztą wiedziała o kieckach? Pozostało jej więc tonąć w zachwytach jak wystrzałowo Gercia wygląda, łapać ją co jakiś czas za ręce i zapewniać, że wszystko jest w pytę, oraz kopnąć ją w zadek na szczęście tuż przed wparowaniem cioteczki Uleczki, której Miles zdecydowanie wolała schodzić z drogi.
Nie pozostało więc jej nic innego, jak samemu się przygotować w wyznaczonym miejscu, a potem ruszyć na miejsce ceremonii. Wykurwiście się stresowała, ale robiła dobrą minę do złej gry. Nie dla siebie nawet. Dla szkolnej psiapsi, która miała nigdy wyjść za mąż i proszę bardzo, wszyscy się dzisiaj zebrali, żeby patrzeć jak to robi.
Miles oczywiście przyszła trochę za szybko i stała po stronie przeznaczonej Pannie Młodej przy przygotowanym ołtarzu. Wypatrywała wzrokiem pana ważnego koronera Lestrange'a, który miał pełnić jej funkcję po drugiej stronie. Dobrze, że on miał w kieszeni obrączki. To było zdecydowanie bardziej odpowiedzialne niż dawać dwa banalnie łatwe do zgubienia kółka jej. Cóż, były powody dla których sama nie nosiła biżuterii i to był jeden z nich. Ale to nie było teraz jej zmartwienie, tylko drużby - poklepywała się tym faktem po ramieniu. Zaraz potem zaś wyprostowała się mimo białych szpilek, dla utrzymania pozoru, że cokolwiek ogarnia z tego co się dzieje. Ostatnich kilka wieczorów defiladowała w szpilkach, żeby ogarnąć buty, które najlepiej pasowały do tej kwiecistej sukienki w której nawet wyglądała jak kobieta i całkiem nieźle wpasowywała się w klimat florofaunowy. Ramiona okrywał wzmocniony magicznie grzejący szal - cienki jak pajęczynka, przetkany złotymi drobinkami komplementującymi jej oczy. Ktoś zawiązał jej to tak, żeby wyglądało ładnie, a ona ufała temu komuś. Potem sobie przypomni jak wyglądał i podziękuje. Być może.
Gdzieś tam siedział Liszek, który przyszedł jako mentalny support mentalnego supportu, ale nie próbowała go wypatrzeć w tłumie, nie chcąc (przynajmniej na razie) ogarniać kto został zaproszony i przyszedł, żeby balować przez najbliższe dni w Snowdonii. Na to przyjdzie jeszcze czas. Czy był tak samo zdenerwowany jak ona? Pewnie nie, bo nie musiał stać na świeczniku przy ołtarzu i powtarzać sobie jak się nazywa, żeby potem podpisać papiery. Chyba będzie musiała podpisać jakieś papiery? Przełknęła ślinę i zaczęła wyłamywać sobie palec po palcu. Mało kobiece ale chuj z tym, przynajmniej ją to uspokajało. To i fakt, że odczyściła paznokcie z farby. Siary nie będzie. Za moment oczy wszystkich i tak przylepią się do panny młodej, która wyglądała iście zjawiskowo i Miles aż uśmiechnęła się na myśl, że była dzisiaj gościem premium i mogła zobaczyć ją przed wszystkimi. Zacisnęła mocno kciuk zaklinając rzeczywistość, skoro cała reszta była poza jej zasięgiem.
Będzie zajebiście – powtarzała jak mantrę, rozluźniając się z każdym powtórzeniem. Sztab psychiatrów byłby dumny.
Miała wrażenie, że od samych lodów ze Stonks po Spalonej, a dzisiejszym dniem nie upłynęły dni, a godziny. Ceremonia była oczywiście wyjebana w kosmos, tysiące ludzi brało w tym udział, żeby wszystko było dopięte na ostatni guziczuszek, a papcio Yaxley nie szczędził złota na ślub swojego oczka w głowie. Przepych przytłaczał ją, ale od przekroczenia progu domostwa dokładała wszelkich starań, żeby nie dawać tego po sobie poznać. Rzadko odwiedzała Ger u niej u niej, kiedy były razem łatwo było zapomnieć, że dzieli je majątkowa przepaść. Wiedziała, że musi się na to przygotować, ale jedno wiedzieć, drugie się z tym mierzyć.
Moody miała też koszmarne wrażenie, że powinna ogarniać bardziej, angażować się bardziej, ale nawet gdy dziś przybyła do Snowdonii i pomagała przyjaciółce wbić się w kieckę, to już inne ręce się pchały, żeby to robić lepiej, skuteczniej i no... bardziej profesjonalnie. Co ona z resztą wiedziała o kieckach? Pozostało jej więc tonąć w zachwytach jak wystrzałowo Gercia wygląda, łapać ją co jakiś czas za ręce i zapewniać, że wszystko jest w pytę, oraz kopnąć ją w zadek na szczęście tuż przed wparowaniem cioteczki Uleczki, której Miles zdecydowanie wolała schodzić z drogi.
Nie pozostało więc jej nic innego, jak samemu się przygotować w wyznaczonym miejscu, a potem ruszyć na miejsce ceremonii. Wykurwiście się stresowała, ale robiła dobrą minę do złej gry. Nie dla siebie nawet. Dla szkolnej psiapsi, która miała nigdy wyjść za mąż i proszę bardzo, wszyscy się dzisiaj zebrali, żeby patrzeć jak to robi.
Miles oczywiście przyszła trochę za szybko i stała po stronie przeznaczonej Pannie Młodej przy przygotowanym ołtarzu. Wypatrywała wzrokiem pana ważnego koronera Lestrange'a, który miał pełnić jej funkcję po drugiej stronie. Dobrze, że on miał w kieszeni obrączki. To było zdecydowanie bardziej odpowiedzialne niż dawać dwa banalnie łatwe do zgubienia kółka jej. Cóż, były powody dla których sama nie nosiła biżuterii i to był jeden z nich. Ale to nie było teraz jej zmartwienie, tylko drużby - poklepywała się tym faktem po ramieniu. Zaraz potem zaś wyprostowała się mimo białych szpilek, dla utrzymania pozoru, że cokolwiek ogarnia z tego co się dzieje. Ostatnich kilka wieczorów defiladowała w szpilkach, żeby ogarnąć buty, które najlepiej pasowały do tej kwiecistej sukienki w której nawet wyglądała jak kobieta i całkiem nieźle wpasowywała się w klimat florofaunowy. Ramiona okrywał wzmocniony magicznie grzejący szal - cienki jak pajęczynka, przetkany złotymi drobinkami komplementującymi jej oczy. Ktoś zawiązał jej to tak, żeby wyglądało ładnie, a ona ufała temu komuś. Potem sobie przypomni jak wyglądał i podziękuje. Być może.
Gdzieś tam siedział Liszek, który przyszedł jako mentalny support mentalnego supportu, ale nie próbowała go wypatrzeć w tłumie, nie chcąc (przynajmniej na razie) ogarniać kto został zaproszony i przyszedł, żeby balować przez najbliższe dni w Snowdonii. Na to przyjdzie jeszcze czas. Czy był tak samo zdenerwowany jak ona? Pewnie nie, bo nie musiał stać na świeczniku przy ołtarzu i powtarzać sobie jak się nazywa, żeby potem podpisać papiery. Chyba będzie musiała podpisać jakieś papiery? Przełknęła ślinę i zaczęła wyłamywać sobie palec po palcu. Mało kobiece ale chuj z tym, przynajmniej ją to uspokajało. To i fakt, że odczyściła paznokcie z farby. Siary nie będzie. Za moment oczy wszystkich i tak przylepią się do panny młodej, która wyglądała iście zjawiskowo i Miles aż uśmiechnęła się na myśl, że była dzisiaj gościem premium i mogła zobaczyć ją przed wszystkimi. Zacisnęła mocno kciuk zaklinając rzeczywistość, skoro cała reszta była poza jej zasięgiem.
Będzie zajebiście – powtarzała jak mantrę, rozluźniając się z każdym powtórzeniem. Sztab psychiatrów byłby dumny.