02.10.2025, 00:24 ✶
A więc teraz chadzasz na wesela, Alexandrze?, zapytywał sam siebie.
Pozwolił, aby twarze śmiejących się weselników przesuwały mu się pod powiekami. Cieszył oczy przepychem ślubnych dekoracji. Słuchał rozmów rodziny i przyjaciół państwa młodych, niespecjalnie przywiązując wagę do tego, co mówili, ale jak mówili. Próbując nazwać uczucia, pod których ciężarem miały niedługo załamywać się głosy podczas wznoszenia toastów za pomyślność. Podczas składania przysiąg przed obliczem bogów. Obrządek, który był mu znanym, lecz obcym. Nie byli to jego bogowie, lecz bogowie Helloise. Jej usta, wciąż noszące wspomnienie ostrych krawędzi wysłanego jej w podarku kamienia, znały przecież każdy hymn ku czci Matki. Widział, że będą chciały śpiewać dalej, gdy reszta weselników niechybnie urwie pieśń po jednej zwrotce. Musiał przyznać, że niezgorszymi były pieśni, których wysłuchiwał w kowenowych murach tego Mabon. O życiu, które zaczynało się z narodzinami Dziewicy, a kończyło ze śmiercią Staruchy... Życiu, które znów zataczało krąg, dzięki potomstwu wydawanemu na świat przez Matkę.
Alexander zżył się z wizją własnej śmierci do tego stopnia, że kiedy ta nie nadeszła, nagle nie wiedział, jak ma dalej żyć. Wciąż tylko chadzał na pogrzeby, oglądał się na groby, nawet w lustrze przez jakiś czas widział jedynie twarz zmarłego ojca. A jednak dzisiaj wyciągał pożądliwie opierścienioną rękę, pragnąć dotknąć życia.
Dzisiaj chciał się radować.
Powróżyć młodej parze, niechby już los im sprzyjał. Pokaleczyć język walijskim, z jego spółgłoskami trącymi o siebie jak kamień o kamień, posmakować ostrych krawędzi, na których poczułby smak Helloise. Chciał zatańczyć. Zatańczyć z nią, odtworzyć na nowo kroki pokrywające podłogę chaty, odczarować duchy. Śpiewać. Śmiać się. Mało to było wesel, na których zanosił się śmiechem, aż miło? Gdy był kawalerem, obsypywał kwiatami młodych na cygańskich weselach. Dzisiaj dał kwiaty tylko Helloise, której wcisnął w ręce bukiet lilijek, szepcząc na przywitanie, że "smoki pożerają owce". Zastanawiał się, czy oberwie z nich płatki, czy otworzy paznokciami wątłe łodyżki, zabarwi palce zielonością. Wiedział już, że miała swoje rytuały. Chciał być ich świadkiem, a może i uczestnikiem. Chciał też upić się słodkim, bzowym winem, którym raczyli się zamieszkujący Walię druidzi. Skosztować pitnego miodu z tych stron. Niech rozleje się kojącą słodyczą na pokaleczonym języku, aby potem zapiec w gardle żywym ogniem. Choć Helloise nie zgadzała się z nim, że ogniu powinno się przypisywać się dzieło stworzenia. Tak przynajmniej zrozumiał.
A jednak pochodnie już płonęły, choć wokół wciąż było jeszcze jasno. "Gdy zgasła pochodnia, zgasła droga, ale nie zgasło serce, które ją niosło." Tak Cyganie mówili o darze, jaki płynął ogniem w ich żyłach. O darze widzenia. Pochodnia była w ich opowieściach ważnym symbolem. Symbolem nawiązującym do wiecznego ognia, a jednak nietrwałym, bo targanym przez wiatr i przeciwności losu. Jego dar zawsze oddalał go ludzi, ale prawda była taka, że Alexander Mulciber... Zwyczajnie bywał dupkiem. A gdy nie był dupkiem, był dziwakiem. Nieprzyjemną miał powierzchowność, choć umiał pokryć ją uprzejmością, przywdziać czerń i biel, przypominającą garnitur elegancką szatę w odcieniach czerni i bieli, nudną i do bólu poprawną, jak zawsze. Wiatr rozbijał się na jego chropowatej powierzchni, jak na kamieniach na wrzosowiskach. Był tak jak one tej jesieni, niedokładnie ociosany, a jednak, hardy. Trudniej było go przeniknąć. Nie umiał dotrzeć do ludzi, a może ludzie nie umieli dotrzeć do niego.
A jednak dzisiaj szukał ich towarzystwa.
Alexander siedział obok Helloise, czekając na rozpoczęcie ceremonii, a jego lekko drżąca ręka swobodnie zwieszała się wzdłuż jej krzesła. Powoli sunął palcem wzdłuż wzoru drzewnych słojów. Na ślepo odwzorowywał pokrywające nogę krzesła sęki, jak gdyby próbował nauczyć się na pamięć znaków zupełnie obcego mu alfabetu. Nie potrafił ułożyć z nich słów, ale nie przeszkadzało mu to. Nie patrzył bowiem w stronę drzew, porastających dolinę. Patrzył w stronę strumienia, ograniczającego polanę przeznaczoną na ceremonię ślubną. Wsłuchiwał się w jego szmer, w głos wody, zastanawiając się, o czym śpiewa.
Pozwolił, aby twarze śmiejących się weselników przesuwały mu się pod powiekami. Cieszył oczy przepychem ślubnych dekoracji. Słuchał rozmów rodziny i przyjaciół państwa młodych, niespecjalnie przywiązując wagę do tego, co mówili, ale jak mówili. Próbując nazwać uczucia, pod których ciężarem miały niedługo załamywać się głosy podczas wznoszenia toastów za pomyślność. Podczas składania przysiąg przed obliczem bogów. Obrządek, który był mu znanym, lecz obcym. Nie byli to jego bogowie, lecz bogowie Helloise. Jej usta, wciąż noszące wspomnienie ostrych krawędzi wysłanego jej w podarku kamienia, znały przecież każdy hymn ku czci Matki. Widział, że będą chciały śpiewać dalej, gdy reszta weselników niechybnie urwie pieśń po jednej zwrotce. Musiał przyznać, że niezgorszymi były pieśni, których wysłuchiwał w kowenowych murach tego Mabon. O życiu, które zaczynało się z narodzinami Dziewicy, a kończyło ze śmiercią Staruchy... Życiu, które znów zataczało krąg, dzięki potomstwu wydawanemu na świat przez Matkę.
Alexander zżył się z wizją własnej śmierci do tego stopnia, że kiedy ta nie nadeszła, nagle nie wiedział, jak ma dalej żyć. Wciąż tylko chadzał na pogrzeby, oglądał się na groby, nawet w lustrze przez jakiś czas widział jedynie twarz zmarłego ojca. A jednak dzisiaj wyciągał pożądliwie opierścienioną rękę, pragnąć dotknąć życia.
Dzisiaj chciał się radować.
Powróżyć młodej parze, niechby już los im sprzyjał. Pokaleczyć język walijskim, z jego spółgłoskami trącymi o siebie jak kamień o kamień, posmakować ostrych krawędzi, na których poczułby smak Helloise. Chciał zatańczyć. Zatańczyć z nią, odtworzyć na nowo kroki pokrywające podłogę chaty, odczarować duchy. Śpiewać. Śmiać się. Mało to było wesel, na których zanosił się śmiechem, aż miło? Gdy był kawalerem, obsypywał kwiatami młodych na cygańskich weselach. Dzisiaj dał kwiaty tylko Helloise, której wcisnął w ręce bukiet lilijek, szepcząc na przywitanie, że "smoki pożerają owce". Zastanawiał się, czy oberwie z nich płatki, czy otworzy paznokciami wątłe łodyżki, zabarwi palce zielonością. Wiedział już, że miała swoje rytuały. Chciał być ich świadkiem, a może i uczestnikiem. Chciał też upić się słodkim, bzowym winem, którym raczyli się zamieszkujący Walię druidzi. Skosztować pitnego miodu z tych stron. Niech rozleje się kojącą słodyczą na pokaleczonym języku, aby potem zapiec w gardle żywym ogniem. Choć Helloise nie zgadzała się z nim, że ogniu powinno się przypisywać się dzieło stworzenia. Tak przynajmniej zrozumiał.
A jednak pochodnie już płonęły, choć wokół wciąż było jeszcze jasno. "Gdy zgasła pochodnia, zgasła droga, ale nie zgasło serce, które ją niosło." Tak Cyganie mówili o darze, jaki płynął ogniem w ich żyłach. O darze widzenia. Pochodnia była w ich opowieściach ważnym symbolem. Symbolem nawiązującym do wiecznego ognia, a jednak nietrwałym, bo targanym przez wiatr i przeciwności losu. Jego dar zawsze oddalał go ludzi, ale prawda była taka, że Alexander Mulciber... Zwyczajnie bywał dupkiem. A gdy nie był dupkiem, był dziwakiem. Nieprzyjemną miał powierzchowność, choć umiał pokryć ją uprzejmością, przywdziać czerń i biel, przypominającą garnitur elegancką szatę w odcieniach czerni i bieli, nudną i do bólu poprawną, jak zawsze. Wiatr rozbijał się na jego chropowatej powierzchni, jak na kamieniach na wrzosowiskach. Był tak jak one tej jesieni, niedokładnie ociosany, a jednak, hardy. Trudniej było go przeniknąć. Nie umiał dotrzeć do ludzi, a może ludzie nie umieli dotrzeć do niego.
A jednak dzisiaj szukał ich towarzystwa.
Alexander siedział obok Helloise, czekając na rozpoczęcie ceremonii, a jego lekko drżąca ręka swobodnie zwieszała się wzdłuż jej krzesła. Powoli sunął palcem wzdłuż wzoru drzewnych słojów. Na ślepo odwzorowywał pokrywające nogę krzesła sęki, jak gdyby próbował nauczyć się na pamięć znaków zupełnie obcego mu alfabetu. Nie potrafił ułożyć z nich słów, ale nie przeszkadzało mu to. Nie patrzył bowiem w stronę drzew, porastających dolinę. Patrzył w stronę strumienia, ograniczającego polanę przeznaczoną na ceremonię ślubną. Wsłuchiwał się w jego szmer, w głos wody, zastanawiając się, o czym śpiewa.
Rzut Emocje 1d25 - 6
Metal (Trwałość)
Metal (Trwałość)
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat