02.10.2025, 08:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2025, 10:23 przez Roselyn Greengrass.)
Gdy zerkała na zaproszonych gości, próbując wyłuskać wzrokiem swoją rodzinę, przypominały jej się słowa, które obiecała bratu. Obiecała nie stroić fochów i się nie dąsać - to miała być część prezentu ślubnego. I chociaż dla niej to wszystko, co wyrabiał Roise, działo się zdecydowanie zbyt szybko (przecież nie poznała za dobrze Geraldine, a mieli mówić sobie wszystko. Mieli wszystko o sobie wiedzieć, mieli podawać każdą relację w wątpliwość, mieli sobie ufać - a zatrzymała się na ich ostatnim rozejściu - słowo dawała, gorzej z nim niż z babą było!), to była szczęśliwa. Wiedziała, że nie miał do tej pory szczęścia do miłości, a zaręczony to był ostatnio ze swoją pracą. Mimo że ona sama nie była za małżeństwami (ironia, zwłaszcza że przyprowadziła tu narzeczonego!), to cieszyła się jego szczęściem. Mogłaby skłamać i udawać, że to nieprawda, ale jej błyszczące oczy i uśmiech, który mimowolnie wyginał usta, zdradzały wszystko.
- Anthony, masz się zachowywać. Nie, nie rób takiej miny - nie tak miałeś poznać mojego brata, ale nie mamy wyjścia. Masz być najlepszą wersją siebie, najprzystojniejszym kawalerem na tym przyjęciu, i na miłość Matki - schowaj te pety, gdy do ciebie mówię!
To było dla niej ważne z tak wielu powodów... Nie tylko Roise dzisiaj błyszczał. I chociaż nie chciała odwracać uwagi od niego i Geraldine, to nie mogła nic poradzić na to, że część ciotek Greengrass otoczyło Roselyn i Anthony'ego wianuszkiem, zanim w ogóle wyszli do ogrodów. To był pierwszy raz, gdy pokazywała się z narzeczonym publicznie. Każdy chciał zobaczyć pierścionek, każdy chciał wysłuchać romantycznej historii - a ona zbywała wszystkich, tłumacząc, że oczy pociotek klotek powinny być skierowane w stronę ołtarza, by wypatrywać panny młodej. Roselyn nie lubiła nadmiernego zainteresowania, ale wśród wścibskiej rodziny po prostu nie dało się go uniknąć. Ktoś ich zaczepił, pytając gdzie jest Ambroise i czy nie potrzebuje pomocy z krawatem, a kto inny po prostu pokazał uniesiony kciuk w górę.
- Bez wygłupów, proszę, to naprawdę dla mnie ważne. Kocham mojego brata i chcę, żeby ten dzień był idealny. Pomożesz mi, prawda?
Gdy udało im się oswobodzić, bo kto inny zdobył zainteresowanie rodziny, Roselyn wyprowadziła Antka na zewnątrz. Ściskała jego dłoń do momentu, w którym chodne powietrze nie owiało ich sylwetek. Dopiero wtedy Greengrassówna mogła odetchnąć.
- Podoba mi się - szepnęła cicho, rozglądając się po ogrodzie. - Dużo natury.
Każdy wiedział, że Greengrassowie są związani z naturą i wrażliwi na jej piękno. I chociaż Yaxleyowie byli raczej łowcami, niż pasjonatami przyrody, to core było podobne, prawda? Oni polowali, a jej rodzina mieszała geny roślin, próbując stworzyć jeszcze lepsze, jeszcze bardziej idealne okazy. Miała przygotowany idealny prezent ślubny na tę okazję, ale planowała go wręczyć później.
- Chodź, musimy usiąść z przodu - uśmiechnęła się lekko, widząc że goście zmierzają wytyczonymi alejkami w stronę krzeseł. Sama rzuciła na swoje trzewiki odpowiednie zaklęcia, mające chronić je przed wilgocią. Długa do kostek, ciemnozielona suknia, na którą się zdecydowała, była skromna, ale bardzo pasowała do jej dziedzictwa. Włosy Roselyn były rozpuszczone, co mogło nie być najlepszym wyborem, zważywszy na wiatr, ale Greengrassówna raczej się tym nie przejmowała. Poprawiła czarną torebkę na ramieniu, wełniany szal, który przykrywał jej odkryte ramiona, odcieniem pasującym do sukienki, a potem ujęła Anthony'ego pod ramię i ruszyła w stronę pierwszego rzędu. - Widzę Helloise. To ciotka z którejś linii. A może kuzynka? Trochę walnięta, ale łatwo się przyzwyczaić. Dogadałaby się z Samuelem, tak swoją drogą.
Wskazała lekko na kobietę, siedzącą obok Alexandra. Zmarszczyła brwi. Czy go znała? Kto to w ogóle był, twarz jakby znajoma, ale trochę zblazowana. Nie zaczepiła ich jednak, acz posłała jej ciepłe spojrzenie, zanim zajęła jedno z krzeseł w pierwszym rzędzie. Była w końcu siostrą pana młodego, nie będzie siedzieć gdzieś z tyłu!