20.02.2023, 23:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2023, 23:02 przez Brenna Longbottom.)
Wszędzie byli umarli.
Przynajmniej jeszcze chwilę temu. Dwa obrazy Pokątnej, taką, jaką była lata temu – z odmiennymi szyldami, czarodziejami w innych strojach, i taką, jaką była teraz, nakładały się na siebie przed oczyma Brenny, falowały, walczyły o pierwszeństwo. W końcu ten pierwszy, przywołany do życia zapachem kadzidła i talentem do widmowidza, zaczął zanikać i Brenna zdołała usłyszeć słowa Pereginusa.
- Świetnie, kolejny umarły? – wykrztusiła, unosząc głowę, by na niego spojrzeć. Wzrok miała trochę nieprzytomny, a twarz śmiertelnie bladą. Zamrugała, gdy wreszcie jej oczy zaczęły dostrzegać głównie teraźniejszość, a nie wytwory niespokojnego umysłu i widma przeszłości, wywołane, bo dym z kadzidła zadziałał najwyraźniej równie dobrze, co ten świec rozstawionych w kręgu. Sam Trelawney zaś wcale nie był dla niej nieznajomy. W Hogwarcie chodził zaledwie rok wyżej, a Brenna zwracała uwagę na kolegów i koleżanki, i nawet jeśli nie miała z kimś wielu interakcji (choć zawsze było jej wszędzie pełno i miała skłonności do prób zagadania ludzi wokół na śmierć) kojarzyła właściwie każdego, kto był w szkole do dwóch lat wyżej lub niżej. On mógł jej nie rozpoznać, ona rozpoznała jego.
Przez moment nie skojarzyła twarzy, wiedziała tylko, że jest znajomy. Może znała go ze snów i był jednym z wielu jej martwych przodków. Po chwili jednak, wraz z tym, jak narkotyk tracił swoją moc, wszystko (no dobrze: nie wszystko, tylko część) rzeczy wskoczyło na swoje miejsce. Nie był twarzą z czarno białych fotografii sprzed lat, a jedną z tych, jakie widywała przez lata w Wielkiej Sali.
- Przepraszam – powiedziała, trochę słabym głosem, zaciskając na moment powieki. Światło zdawało się jej nazbyt jasne. Nie odważyła się spróbować wstać, wciąż klęczała na bruku. W głowie jej wirowało, w uszach rozbrzmiewał natrętny szum, nawet własny głos zdawał się dochodzić jak spod wody, dziwnie zniekształcony. A może po prostu mówiła niewyraźnie? Próbowała zebrać myśli i zmusić się do wzięcia się w garść. Nawet nie dlatego, co pomyśli o niej Trelawney, bo to nie miało większego znaczenia.
Pośród alejek mogły być po prostu inne ofiary tego kadzidła. Nie była przecież tam sama. Musiała spróbować znaleźć ich. I przyczynę tego stanu rzeczy.
Już za moment.
Już za chwileczkę.
Już za…
W głowie jej zawirowało.
W porządku. Chyba jednak jeszcze chwilę tu posiedzi.
- Chyba faktycznie potrzebuję pomocy – stwierdziła Brenna, choć powiedzenie tego nawet w takiej sytuacji komuś z jej charakterem przychodziło z dużym trudem. – Czy mógłbyś posłać wiadomość do Biura Brygady Uderzeniowej? Że tak jakby ich Brygadzistkę właśnie otruto? Najlepiej… do Mavelle Bones. Albo Erika Longbottoma. Zrobiłabym to osobiście, ale nie jestem pewna, czy sama zdołam dojść do najbliższego kominka. Właściwie jestem pewna, że nie zdołam sama dojść od najbliższego kominka. A jeśli się teleportuję w tym stanie, pewnie skończę na przeklętych, Mglistych Mokradłach.
Powoli – bo powoli – ale wracała do siebie. Do swojego zwykłego stanu, a zwykłym stanem Brenny było nadmiernie rozgadanie. Teraz nawet się to zwielokrotniało, bo jej myśli były dziwnie rozbiegane i w efekcie były duże szanse, że zacznie pleść od rzeczy bardziej niż zwykle.
Przynajmniej jeszcze chwilę temu. Dwa obrazy Pokątnej, taką, jaką była lata temu – z odmiennymi szyldami, czarodziejami w innych strojach, i taką, jaką była teraz, nakładały się na siebie przed oczyma Brenny, falowały, walczyły o pierwszeństwo. W końcu ten pierwszy, przywołany do życia zapachem kadzidła i talentem do widmowidza, zaczął zanikać i Brenna zdołała usłyszeć słowa Pereginusa.
- Świetnie, kolejny umarły? – wykrztusiła, unosząc głowę, by na niego spojrzeć. Wzrok miała trochę nieprzytomny, a twarz śmiertelnie bladą. Zamrugała, gdy wreszcie jej oczy zaczęły dostrzegać głównie teraźniejszość, a nie wytwory niespokojnego umysłu i widma przeszłości, wywołane, bo dym z kadzidła zadziałał najwyraźniej równie dobrze, co ten świec rozstawionych w kręgu. Sam Trelawney zaś wcale nie był dla niej nieznajomy. W Hogwarcie chodził zaledwie rok wyżej, a Brenna zwracała uwagę na kolegów i koleżanki, i nawet jeśli nie miała z kimś wielu interakcji (choć zawsze było jej wszędzie pełno i miała skłonności do prób zagadania ludzi wokół na śmierć) kojarzyła właściwie każdego, kto był w szkole do dwóch lat wyżej lub niżej. On mógł jej nie rozpoznać, ona rozpoznała jego.
Przez moment nie skojarzyła twarzy, wiedziała tylko, że jest znajomy. Może znała go ze snów i był jednym z wielu jej martwych przodków. Po chwili jednak, wraz z tym, jak narkotyk tracił swoją moc, wszystko (no dobrze: nie wszystko, tylko część) rzeczy wskoczyło na swoje miejsce. Nie był twarzą z czarno białych fotografii sprzed lat, a jedną z tych, jakie widywała przez lata w Wielkiej Sali.
- Przepraszam – powiedziała, trochę słabym głosem, zaciskając na moment powieki. Światło zdawało się jej nazbyt jasne. Nie odważyła się spróbować wstać, wciąż klęczała na bruku. W głowie jej wirowało, w uszach rozbrzmiewał natrętny szum, nawet własny głos zdawał się dochodzić jak spod wody, dziwnie zniekształcony. A może po prostu mówiła niewyraźnie? Próbowała zebrać myśli i zmusić się do wzięcia się w garść. Nawet nie dlatego, co pomyśli o niej Trelawney, bo to nie miało większego znaczenia.
Pośród alejek mogły być po prostu inne ofiary tego kadzidła. Nie była przecież tam sama. Musiała spróbować znaleźć ich. I przyczynę tego stanu rzeczy.
Już za moment.
Już za chwileczkę.
Już za…
W głowie jej zawirowało.
W porządku. Chyba jednak jeszcze chwilę tu posiedzi.
- Chyba faktycznie potrzebuję pomocy – stwierdziła Brenna, choć powiedzenie tego nawet w takiej sytuacji komuś z jej charakterem przychodziło z dużym trudem. – Czy mógłbyś posłać wiadomość do Biura Brygady Uderzeniowej? Że tak jakby ich Brygadzistkę właśnie otruto? Najlepiej… do Mavelle Bones. Albo Erika Longbottoma. Zrobiłabym to osobiście, ale nie jestem pewna, czy sama zdołam dojść do najbliższego kominka. Właściwie jestem pewna, że nie zdołam sama dojść od najbliższego kominka. A jeśli się teleportuję w tym stanie, pewnie skończę na przeklętych, Mglistych Mokradłach.
Powoli – bo powoli – ale wracała do siebie. Do swojego zwykłego stanu, a zwykłym stanem Brenny było nadmiernie rozgadanie. Teraz nawet się to zwielokrotniało, bo jej myśli były dziwnie rozbiegane i w efekcie były duże szanse, że zacznie pleść od rzeczy bardziej niż zwykle.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.