03.10.2025, 01:00 ✶
Chyba wszystkim w biurze aurorów, ten wieczór wydawał się przesadnie nudny. Ale może właśnie dzięki nim byli w stanie nabrać nieco więcej sił do tych momentów kiedy byli wrzucani w teren lub pochylali się nad wyjątkowo parszywą sprawą.
Pierwszym zwiastunem tego, że coś było nie tak, były chyba zmarszczone brwi sekretarki siedzącej tego wieczora w biurze, Juliett - niby nic wielkiego, ani też nawet niezwykłego, ale kobieta poświęciła odrobinę zbyt wiele czasu naczytanie liściku. Jeden, drugi, trzeci raz... Ktokolwiek rozsyłał wezwania do biura aurorów i brygady uderzeniowej, odrobinkę chyba musiał się pomylić, bo wstała bardzo powoli od swojego biurka i, wciąż czytając notkę, ruszyła w stronę zamkniętych drzwi do biura Harper.
Crickerly siedział tam już z pół godziny i maltretował szefową nową porcją bardzo ważnych dowodów, zebranych w tej jednej bardzo ważnej sprawie, która dla każdego innego wyglądała jak coś do opisania i zamknięcia w jeden dzień. On jednak kolejny raz węszył czarnoksiężnika i wnosił o przypisanie mu do grupy kolejnej pary rąk - tych w końcu nigdy za wiele.
Otworzone drzwi przepuściły przez siebie skrawek suchego komentarza Harper, ale bardzo szybko zostały zamknięte, kiedy panna Everleigh przekazała wiadomość szefowej. Pierwszy wyszedł z gabinetu Crickerly, mrucząc pod nosem niecenzuralną wiązankę, jakby ta miała go właśnie przed czymś uratować. Dopadł do swojego biurka, odkładając teczkę z dokumentami, które jeszcze wcześniej pokazywał Moody. Druga ze środka wyszła Juliette, już szybszym krokiem.
- Londyn płonie - drżały jej ręce, a głos chyba tez potrzebował drugiego podejścia, żeby zabrzmieć nieco pewniej. - Londyn płonie - powtórzyła, widząc jak czas w pomieszczeniu na moment się zatrzymał i jak niepewne spojrzenia krążyły pomiędzy tymi, którzy tu tkwili. - Ministerstwo zostaje postawione w stan najwyższej gotowości i wszyscy, którzy zdolni są do pomocy, mają polecenie udać się jak najszybciej do punktów teleportacyjnych - podobne formułki padały co najwyżej na ćwiczeniach, przeprowadzanych w interwałach czasowych na tyle długich, że nikt nie brał ich do końca na poważnie. W końcu katastrofa na skalę miasta mało kiedy miała miejsce. - To nie są ćwiczenia! - powtórzyła wreszcie, wprawiając w ruch resztę zasiedzianych aurorów. - Jeśli wasz partner jest na służbie, łapcie go, jeśli nie macie nikogo pod ręką, brygada uderzeniowa też została poinformowana, tam na pewno się ktoś znajdzie - kontynuowała, robiąc krok w stronę Victorii i też odsuwając się z przejścia. - Wiem, że nie przydzielono ci jeszcze nowego partnera więc... poczekaj ze mną na brygadzistów, dobrze? Na punkcie teleportacyjnym i tak zaraz będzie kolejka.
Pierwszym zwiastunem tego, że coś było nie tak, były chyba zmarszczone brwi sekretarki siedzącej tego wieczora w biurze, Juliett - niby nic wielkiego, ani też nawet niezwykłego, ale kobieta poświęciła odrobinę zbyt wiele czasu naczytanie liściku. Jeden, drugi, trzeci raz... Ktokolwiek rozsyłał wezwania do biura aurorów i brygady uderzeniowej, odrobinkę chyba musiał się pomylić, bo wstała bardzo powoli od swojego biurka i, wciąż czytając notkę, ruszyła w stronę zamkniętych drzwi do biura Harper.
Crickerly siedział tam już z pół godziny i maltretował szefową nową porcją bardzo ważnych dowodów, zebranych w tej jednej bardzo ważnej sprawie, która dla każdego innego wyglądała jak coś do opisania i zamknięcia w jeden dzień. On jednak kolejny raz węszył czarnoksiężnika i wnosił o przypisanie mu do grupy kolejnej pary rąk - tych w końcu nigdy za wiele.
Otworzone drzwi przepuściły przez siebie skrawek suchego komentarza Harper, ale bardzo szybko zostały zamknięte, kiedy panna Everleigh przekazała wiadomość szefowej. Pierwszy wyszedł z gabinetu Crickerly, mrucząc pod nosem niecenzuralną wiązankę, jakby ta miała go właśnie przed czymś uratować. Dopadł do swojego biurka, odkładając teczkę z dokumentami, które jeszcze wcześniej pokazywał Moody. Druga ze środka wyszła Juliette, już szybszym krokiem.
- Londyn płonie - drżały jej ręce, a głos chyba tez potrzebował drugiego podejścia, żeby zabrzmieć nieco pewniej. - Londyn płonie - powtórzyła, widząc jak czas w pomieszczeniu na moment się zatrzymał i jak niepewne spojrzenia krążyły pomiędzy tymi, którzy tu tkwili. - Ministerstwo zostaje postawione w stan najwyższej gotowości i wszyscy, którzy zdolni są do pomocy, mają polecenie udać się jak najszybciej do punktów teleportacyjnych - podobne formułki padały co najwyżej na ćwiczeniach, przeprowadzanych w interwałach czasowych na tyle długich, że nikt nie brał ich do końca na poważnie. W końcu katastrofa na skalę miasta mało kiedy miała miejsce. - To nie są ćwiczenia! - powtórzyła wreszcie, wprawiając w ruch resztę zasiedzianych aurorów. - Jeśli wasz partner jest na służbie, łapcie go, jeśli nie macie nikogo pod ręką, brygada uderzeniowa też została poinformowana, tam na pewno się ktoś znajdzie - kontynuowała, robiąc krok w stronę Victorii i też odsuwając się z przejścia. - Wiem, że nie przydzielono ci jeszcze nowego partnera więc... poczekaj ze mną na brygadzistów, dobrze? Na punkcie teleportacyjnym i tak zaraz będzie kolejka.