03.10.2025, 17:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.10.2025, 16:42 przez Lazarus Lovegood.)
Pytanie o wydarzenie, które zniszczyło mu życie, padło konwersacyjnym tonem, z beztroską i nieświadomością dziecka, obrywającego owadowi skrzydełka.
Czy owady czuły ból?
Królowe mrówek odgryzały własne skrzydła po locie godowym.
No, dalej, Lazarusie. Gryź. Udawaj, że ból zadany własną ręką jest łatwiejszy do zniesienia.
A przecież był przygotowany na to pytanie. Od ośmiu lat średnio dwie na trzy osoby, które dowiadywały się o jego poprzednim miejscu pracy, chciały się dowiedzieć, co się stało. Z biegiem czasu coraz częściej udawało mu się odpowiadać całkiem spokojnie. Zdecydować, że nie będzie czuł tych emocji. Udawać, że to nie jego przeszłość. Kompartmentalizacja, nazywał to jego psychiatra i mówił, że to niezdrowo, ale to był jedyny sposób, by Lazarus mógł w miarę normalnie funkcjonować.
Zatrzymał się. Mimo wszystko nie był w stanie jednocześnie zapewnić im bezpieczeństwa i myśleć o… o tamtym.
- Wydarzył się… wypadek. Zginęli ludzie. Nie mogłem już potem… pracować na stanowisku - odpowiedział cicho.
Omiótł wzrokiem wnętrze sali balowej. Właściwie, zanim zaczną zaglądać do pokoi, mógłby…
Dyskretnym, oszczędnym ruchem zatoczył różdżką półokrąg, nie unosząc nawet dłoni, patrząc pod nogi, jakby wcale nie rzucał zaklęcia. Magia uderzyła w podłogę i rozpłynęła się po niej, niewidoczna, dużo mocno rozrzedzonego Rozproszenia. Skoncentrował się, wpatrzony w szczątki szyb na posadzce.
Ledwo wyczuwalne pozostałości przełamanych zaklęć ochronnych. Jakieś resztkowe widma czarnej magii, mdlące, lepkie i gorzkawe, ale już niegroźne. Powidok wcześniejszego zaklęcia Anthony’ego, zdumiewająco eleganckiego, jak na bezróżdżkowe. Poza tym… czysto.
- Nie wyczuwam tu nic niebezpiecznego, ale obejrzyjmy dla pewności resztę pokoi - odezwał się, ruszając dalej - A potem będę potrzebował marki, modelu i koloru.
Nie brzmiał, jakby był w najmniejszym stopniu zdumiony kwestią samochodu.
Gdy dotarli do pomieszczeń zajmowanych przez Edith Shafiq, prześlizgnął się wzrokiem po pokoju. Wystrój był w tak oczywisty sposób kobiecy, że niemal karykaturalny. Oczy Lazarusa zatrzymały się na obrazach na ścianach. Młodszy Anthony był spodziewanym widokiem. Lisa… mniej.
Starszy klątwołamacz postąpił kilka kroków za próg, trącił czubkiem buta kupkę tłuczonego szkła, rozejrzał się raz jeszcze i odwrócił do młodszego.
- Co myślisz? - zapytał, całkiem niespodziewanie przechodząc na mniej formalny ton.
Owady czuły ból. Ale nie tworzyły odpowiedzi emocjonalnej. Zbyt duży koszt ewolucyjny.
Czy owady czuły ból?
Królowe mrówek odgryzały własne skrzydła po locie godowym.
No, dalej, Lazarusie. Gryź. Udawaj, że ból zadany własną ręką jest łatwiejszy do zniesienia.
A przecież był przygotowany na to pytanie. Od ośmiu lat średnio dwie na trzy osoby, które dowiadywały się o jego poprzednim miejscu pracy, chciały się dowiedzieć, co się stało. Z biegiem czasu coraz częściej udawało mu się odpowiadać całkiem spokojnie. Zdecydować, że nie będzie czuł tych emocji. Udawać, że to nie jego przeszłość. Kompartmentalizacja, nazywał to jego psychiatra i mówił, że to niezdrowo, ale to był jedyny sposób, by Lazarus mógł w miarę normalnie funkcjonować.
Zatrzymał się. Mimo wszystko nie był w stanie jednocześnie zapewnić im bezpieczeństwa i myśleć o… o tamtym.
- Wydarzył się… wypadek. Zginęli ludzie. Nie mogłem już potem… pracować na stanowisku - odpowiedział cicho.
Omiótł wzrokiem wnętrze sali balowej. Właściwie, zanim zaczną zaglądać do pokoi, mógłby…
Dyskretnym, oszczędnym ruchem zatoczył różdżką półokrąg, nie unosząc nawet dłoni, patrząc pod nogi, jakby wcale nie rzucał zaklęcia. Magia uderzyła w podłogę i rozpłynęła się po niej, niewidoczna, dużo mocno rozrzedzonego Rozproszenia. Skoncentrował się, wpatrzony w szczątki szyb na posadzce.
Ledwo wyczuwalne pozostałości przełamanych zaklęć ochronnych. Jakieś resztkowe widma czarnej magii, mdlące, lepkie i gorzkawe, ale już niegroźne. Powidok wcześniejszego zaklęcia Anthony’ego, zdumiewająco eleganckiego, jak na bezróżdżkowe. Poza tym… czysto.
- Nie wyczuwam tu nic niebezpiecznego, ale obejrzyjmy dla pewności resztę pokoi - odezwał się, ruszając dalej - A potem będę potrzebował marki, modelu i koloru.
Nie brzmiał, jakby był w najmniejszym stopniu zdumiony kwestią samochodu.
Gdy dotarli do pomieszczeń zajmowanych przez Edith Shafiq, prześlizgnął się wzrokiem po pokoju. Wystrój był w tak oczywisty sposób kobiecy, że niemal karykaturalny. Oczy Lazarusa zatrzymały się na obrazach na ścianach. Młodszy Anthony był spodziewanym widokiem. Lisa… mniej.
Starszy klątwołamacz postąpił kilka kroków za próg, trącił czubkiem buta kupkę tłuczonego szkła, rozejrzał się raz jeszcze i odwrócił do młodszego.
- Co myślisz? - zapytał, całkiem niespodziewanie przechodząc na mniej formalny ton.
Owady czuły ból. Ale nie tworzyły odpowiedzi emocjonalnej. Zbyt duży koszt ewolucyjny.