04.10.2025, 13:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2025, 13:21 przez Alexander Mulciber.)
Nie odwrócił głowy, a jednak zdradził się lekkim drgnięciem kącików ust, które uniosły się w bardzo rzadkim dla Alexandra uśmiechu, jak gdyby usłyszał właśnie najprzedniejszy żart. Poważnie traktował przecież słowa siedzącej obok Helloise. Wszystko było ze sobą połączone. Echo walijskich opowieści znajdowało odbicie w legendach Longobardów, w sadze o królu Alboinie. Przodkowie Longobardów walczyli z wschodniogermańskimi Wandalami, którzy łupili świątynie Rzymian. Rzymianie podbili Greków, przejmując ich mitologię. A na kartach greckiej mitologii, raniony przez Odyseusza olbrzymi cyklop, Polifem, krzyczał tak głośno, że zwrócił na siebie uwagę swego ojca, Posejdona. Posejdona, obwołanego władcą mórz, choć imię jego wywodzimy od starogreckich słów Posis-dā, czyli "pan ziemi". A jednak Homer najczęściej stosował wobec niego określenie Enosichthōn. Ten, Który Wstrząsa Ziemią. Krzyk Polifema wstrząsnął ziemią... Jak głośno musiał krzyczeć grecki cyklop. Jak głośno krzyczeć musiał walijski olbrzym. A jednak jego krzyk nie zdołał zagłuszyć odgłosów wesela. A gdy wszyscy ucztowali potem wokół jego cielska, nie wiedzieli, że tym samym celebrują upadek bogów, którzy nie mieli już mocy wstrząsać ziemią.
Ani wodą, pomyślał, odrywając wzrok od szemrzącego strumienia, aby obrzucić spojrzeniem swoje zabrudzone ziemią buty. Były brudne, bo spacerował wcześniej z Helloise po zielonych niwach. Wyglądały tak, jakby przeszedł brzegiem jeziora.
– Musiał przypominać ranionego dzika, który kwiczy rozpaczliwie, gdy czuje, że chcesz go zarżnąć. – Wszystkie te słowa Alexander zdawał się wypowiadać tonem dziwnie odległym, bo odległymi były wspomnienia, które przywołała Helloise. Wspomnienia dzieciństwa, wspomnienia młodości. Jego ojciec zawsze znajdował w polowaniach niezrozumiałe upodobanie. Zabijasz, mówił Duncan Mulciber, oprawiając dzika rękoma umazanymi po łokcie w jusze, albo jesteś zabijany. Na początku mierził Alexandra ten widok: lata później, ucząc się wróżyć z wnętrzności zwierząt, trzymał wspomnienie pomazanych krwią rąk ojca we własnych, zakrwawionych rękach. Teraz patrzył jednak na zajęte kwiatami ręce Helloise. Na palce, które sunęły wzdłuż wątłych łodyżek złożonych na podołku lilii. Wcześniej już zauważył nowe zadrapania, rozsiane na skórze niczym konstelacje, gwiazdy w czerwonych mgławicach przebarwień. Czym poplamiłaś dłonie, dziewczyno z Kniei? Studiował jej dłonie z taką samą uważnością, z jaką uczyłby się na pamięć układu walijskiego nieba. Uspokajały go jej ruchy, kojącą była powtarzalność gestów. Czerwień zastąpiła zieloność, jak gdyby jej dłonie były liśćmi, zmieniającymi swój kolor z nadejściem jesieni. Na sukienkę nawlokła paciorki jarzębiny. Czy na wiosnę wiecznie posiniaczone nogi wyglądały, jakby obsypała je płytkami krokusów? Czy rozwijające się pączki kwiatów próbowały wyrywać się spod paznokci, wyrastając z macierzy ciała? Wiedział, jak bolesną była to tortura.
– Zamiast na pal powinni nabić go na spływający tłuszczem rożen, na którym piekł niedźwiedzie sadło i udźce upolowanych jeleni. Upiec mięso, a potem podać na weselnym stole. Głowa byłaby trofeum. Głowa... Sądzę, że wyprawiłbym ją, pozostawiając jedynie nagą czaszkę. Użyłbym jej jak kielicha, na modłę stsrych plemion Scytów. Puchar z kości, wypełniony winem, wzniesiony w weselnym toaście. Ale opowiedz mi, Helloise...
Obrócił jej imię na języku, tak jak wcześniej obracał w rękach kartkę z jej listem. Odwrócił do góry nogami, wpasował między resztę karteluszek wypadłych z koperty. Polizał, w miejscu, w którym zostawiła ślad swojej krwi. Podobnie czuł się, próbując odczytać znaki na podłodze jej chaty, wpisane na przekór między ślady klątwy. Nie była to zagadka, zdecydował, układajac cząstki rozczłonkowanej odpowiedzi w odpowiedniej kolejności, to była mapa. Mapa myśli Helloise, po której poruszać się należało bardziej za pomocą wskazań instynktu, aniżeli wytycznych logiki. A jednak dla Alexandra była do bólu logiczna. Właśnie tak widział świat. Fragmenty, rozwlekające się w nieskończoność. Jej niechęć do nazywania rzeczy po imieniu fascynowała go, i jednocześnie mierziła. Wszystkim wydzierała imię. A Alexander, który nie znał bogów, wyznając to tylko, co nienazwane, czuł się wówczas, jak gdyby przemawiała do niego językiem wiary. Bo to, co dało się nazwać imieniem, było dostępne poznaniem.
Dla Helloise nie było różnicy.
– ...Cóż na to córka olbrzyma. Czy odważyła się unieść puchar uczyniony z ojcowskiej czaszki. Umoczyć usta w winie, zmieszanym z krwią. Czy żałowała swego wyboru. Czy jej żal ukoiła może skóra zdarta z ojca, którą małżonek okrył jej ramiona, gdy wstępowali razem na ślubny kobierzec. – Co było dalej, zastanawiał się. Czy jest w ogóle dalej? Czy chciałbym, żeby było dalej? Myślał dalej, a jednak przysunął się bliżej, aby mogła go słyszeć. Mówił ściszonym głosem, mimo, że siedzieli z Helloise raczej na uboczu, nie chcąc przyciągać uwagi. Nie patrzył na ludzi powoli gromadzących się wokół, pozostawał jednak świadomy swego otoczenia, jak gdyby miał oczy dookoła głowy. Wydawał się zaskakująco wręcz... Swobodny. – Opowiedz mi, co było dalej.
Ani wodą, pomyślał, odrywając wzrok od szemrzącego strumienia, aby obrzucić spojrzeniem swoje zabrudzone ziemią buty. Były brudne, bo spacerował wcześniej z Helloise po zielonych niwach. Wyglądały tak, jakby przeszedł brzegiem jeziora.
– Musiał przypominać ranionego dzika, który kwiczy rozpaczliwie, gdy czuje, że chcesz go zarżnąć. – Wszystkie te słowa Alexander zdawał się wypowiadać tonem dziwnie odległym, bo odległymi były wspomnienia, które przywołała Helloise. Wspomnienia dzieciństwa, wspomnienia młodości. Jego ojciec zawsze znajdował w polowaniach niezrozumiałe upodobanie. Zabijasz, mówił Duncan Mulciber, oprawiając dzika rękoma umazanymi po łokcie w jusze, albo jesteś zabijany. Na początku mierził Alexandra ten widok: lata później, ucząc się wróżyć z wnętrzności zwierząt, trzymał wspomnienie pomazanych krwią rąk ojca we własnych, zakrwawionych rękach. Teraz patrzył jednak na zajęte kwiatami ręce Helloise. Na palce, które sunęły wzdłuż wątłych łodyżek złożonych na podołku lilii. Wcześniej już zauważył nowe zadrapania, rozsiane na skórze niczym konstelacje, gwiazdy w czerwonych mgławicach przebarwień. Czym poplamiłaś dłonie, dziewczyno z Kniei? Studiował jej dłonie z taką samą uważnością, z jaką uczyłby się na pamięć układu walijskiego nieba. Uspokajały go jej ruchy, kojącą była powtarzalność gestów. Czerwień zastąpiła zieloność, jak gdyby jej dłonie były liśćmi, zmieniającymi swój kolor z nadejściem jesieni. Na sukienkę nawlokła paciorki jarzębiny. Czy na wiosnę wiecznie posiniaczone nogi wyglądały, jakby obsypała je płytkami krokusów? Czy rozwijające się pączki kwiatów próbowały wyrywać się spod paznokci, wyrastając z macierzy ciała? Wiedział, jak bolesną była to tortura.
– Zamiast na pal powinni nabić go na spływający tłuszczem rożen, na którym piekł niedźwiedzie sadło i udźce upolowanych jeleni. Upiec mięso, a potem podać na weselnym stole. Głowa byłaby trofeum. Głowa... Sądzę, że wyprawiłbym ją, pozostawiając jedynie nagą czaszkę. Użyłbym jej jak kielicha, na modłę stsrych plemion Scytów. Puchar z kości, wypełniony winem, wzniesiony w weselnym toaście. Ale opowiedz mi, Helloise...
Obrócił jej imię na języku, tak jak wcześniej obracał w rękach kartkę z jej listem. Odwrócił do góry nogami, wpasował między resztę karteluszek wypadłych z koperty. Polizał, w miejscu, w którym zostawiła ślad swojej krwi. Podobnie czuł się, próbując odczytać znaki na podłodze jej chaty, wpisane na przekór między ślady klątwy. Nie była to zagadka, zdecydował, układajac cząstki rozczłonkowanej odpowiedzi w odpowiedniej kolejności, to była mapa. Mapa myśli Helloise, po której poruszać się należało bardziej za pomocą wskazań instynktu, aniżeli wytycznych logiki. A jednak dla Alexandra była do bólu logiczna. Właśnie tak widział świat. Fragmenty, rozwlekające się w nieskończoność. Jej niechęć do nazywania rzeczy po imieniu fascynowała go, i jednocześnie mierziła. Wszystkim wydzierała imię. A Alexander, który nie znał bogów, wyznając to tylko, co nienazwane, czuł się wówczas, jak gdyby przemawiała do niego językiem wiary. Bo to, co dało się nazwać imieniem, było dostępne poznaniem.
Dla Helloise nie było różnicy.
– ...Cóż na to córka olbrzyma. Czy odważyła się unieść puchar uczyniony z ojcowskiej czaszki. Umoczyć usta w winie, zmieszanym z krwią. Czy żałowała swego wyboru. Czy jej żal ukoiła może skóra zdarta z ojca, którą małżonek okrył jej ramiona, gdy wstępowali razem na ślubny kobierzec. – Co było dalej, zastanawiał się. Czy jest w ogóle dalej? Czy chciałbym, żeby było dalej? Myślał dalej, a jednak przysunął się bliżej, aby mogła go słyszeć. Mówił ściszonym głosem, mimo, że siedzieli z Helloise raczej na uboczu, nie chcąc przyciągać uwagi. Nie patrzył na ludzi powoli gromadzących się wokół, pozostawał jednak świadomy swego otoczenia, jak gdyby miał oczy dookoła głowy. Wydawał się zaskakująco wręcz... Swobodny. – Opowiedz mi, co było dalej.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat