Tak po prawdzie naprawdę niewiele z opowieści czarownicy, zdaniem Erika, tworzyło jakąś logiczną całość. Operowali w tym momencie na dwóch rzeczach: hałasach, które wcześniej dobiegały z mieszkania oraz aktualnej nieobecności Annaleigh Dolohov. I na oba te aspekty można było znaleźć bardziej prawdopodobne wyjaśnienia, niż porwanie w biały dzień w kamienicy pełnej ludzi. Z drugiej strony już nie takie rzeczy się zdarzały, pomyślał, zagryzając lekko dolną wargę. Spojrzał ciężkim wzrokiem na kuzynkę. Najlepsze co mogli zrobić w tej sytuacji, to uspokoić zmartwioną sąsiadkę, że zajmą się sprawą.
Jego wzrok przeniósł się na Mariane. Pomimo a może właśnie dlatego, że przepracował w zawodzie już parę dobrych lat, miał wrażenie, że kobieta nieco przesadzała. Na jej miejscu nie dziwiłby się tak bardzo, że akurat nie zastała znajomej w mieszkaniu. Może zasłyszane głosy i odgłosy towarzyszyły gościom, którzy przybyli po pomoc? Może trafił się jakiś nagły wypadek lub wizyta domowa i po prostu wszyscy nagle musieli opuścić gabinet? W lwiej części przypadków uzdrowicielka w takim wypadku raczej nie latałaby po sąsiadkach, żeby poinformować, że popołudniowa kawa musi zostać odwołana. Jeśli miała na pierwszym miejscu dobro pacjentów, to od razu ruszyłaby do nich.
— Nie będziemy chyba więc zajmować Pani więcej czasu. Dziękujemy jednak za zgłoszenie i oczywiście przyjrzymy się sprawie bardziej dogłębnie — stwierdził, starając się wykrzesać z siebie uspokajający uśmiech.
Nic nie ustalimy bez zbadania samego lokum, uświadomił sobie. Jeśli się tam nie przejdą, to mogą snuć niestworzone opowieści i teorie do wieczora, a prawda i tak może się okazać zupełnie inna od ich dywagacji. Erik pokiwał powoli głową, zgadzając się ze słowami Mavelle. W gruncie rzeczy nie miał zbyt wiele do gadania. Otrzymali podstawowe informacje, potwierdzili to, co znalazło się w oryginalnym zgłoszeniu, więc teraz zostało im tylko ruszyć sprawę do przodu.
— Tak jeszcze tylko spytam... W międzyczasie nie kręcił się tutaj nikt podejrzany? Nie minęła się Pani z kimś obcym parę razy w ostatnich dniach? — rzucił jeszcze. Skoro Mariane podejrzewała porwanie, to równie dobrze mogli dopytać o szczegóły pod tym kątem. Zwróciła uwagę na hałasy, więc może wpadł w jej oko ktoś nieznajomy, kto zachowywał się podejrzanie?
Po wyjaśnieniu tej kwestii, para brygadzistów udała się pod gabinet Dolohov. Pierwsze, co zrobił, to zapukał trzykrotnie, acz donośnie, co by nie mieć wątpliwości, że jeśli ktoś był w środku, to musiał ich usłyszeć. Następnie nachylił się nad drzwiami, nasłuchując. To dopiero byłaby ironia, gdyby zadali sobie fatygę, aby tu przyjść, przesłuchać sąsiadkę, a otworzyła im właśnie rzekoma porwana uzdrowicielka. Dzięki temu na pewno uniknęliby pisania długiego raportu. Niestety, ze środka dobiegała tylko i wyłącznie cisza, a mężczyzna nie był w stanie wychwycić żadnych rozmów, czy odgłosów typowych do poruszania się po mieszkaniu.
— Chyba faktycznie jej nie ma — skomentował. Jego wzrok padł na drzwi, jak i wycieraczkę. — Chyba dalej powinna przyjmować o tej godzinie, prawda? Gdyby musiała się zmyć, pewnie zostawiłaby jakąś kartkę w stylu „z góry przepraszam za zwłokę, dostałam pilne wezwanie, gabinet będzie ponownie czynny o godzinie takiej i takiej”. — Podrapał się po karku. — Chociaż, jeśli stało się coś bardzo pilnego, to wiadomość była pewnie ostatnim, o czym myślała...
Westchnął cicho i zacisnął palce na klamce. Może i działali w imieniu prawa, ale nie mogli też wparowywać nikomu do mieszkania, bez wyraźnego powodu. Jeśli się okaże, że wszystko było pozamykane, to jedyne co mogli zrobić, to co najwyżej popytać wśród innych sąsiadów lub w innych klatkach. Longbottom pociągnął za klamkę, podejrzewając jednak, że drzwi jednak nie ustąpią pod jego siłą. A może jednak...?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞