Ten błysk w spojrzeniu, charakterystyczny sposób mówienia, jakby każde zdanie musiało mieć w sobie przynajmniej jedną prowokację, przywołały wspomnienie, które dotąd spoczywało w mroku odległych lat szkolnych. Millie Moody, dziewczyna, której zapał dorównywał brakowi rozsądku, a której nazwisko najczęściej słyszało się w ustach prefektów, w tym jego, jako synonim problemów, stała teraz obok Corneliusa, w sukience w kwiatki, co mężczyźnie samo w sobie wydawało się absurdalnym żartem losu, bo gdyby ktoś mu przed laty powiedział, że spotka ją ponownie - i to w takim otoczeniu, mającą stanąć u boku Geraldine - zapewne uniósłby tylko brwi, a jednak los miał osobliwą manierę plątania ludzkich ścieżek.
Jeszcze zanim przedstawiono mu Mildþryþ Moody, jako osobę istotną dla Geraldine Yaxley, już na pierwszy rzut oka wiedział, że ją skądś znał, nie tak dobrze, by mówić o znajomości, ale wystarczająco, aby obraz dawnej uczennicy, tej z niekończącymi się punktami karnymi, złośliwymi komentarzami i nadmiarem pewności siebie, zarysował się w pamięci Corneliusa wyraźnie, kiedy tylko ją zobaczył. Wtedy miała w oczach to samo coś, błysk między arogancją a autentycznym życiem, który większość szkolnych belfrów starała się w młodzieży skutecznie zdusić. Pamiętał ją z korytarzy, z meczów Quidditcha, z incydentu z piorunem, o którym później pół szkoły mówiło z zachwytem i dezaprobatą na przemian, oczywiście, że tak. Nie miał jednak zamiaru jej tego wypominać, zbyt wiele minęło, by było to coś więcej niż anegdotą, nie był tylko pewien, co o niej myśleć w tak formalnej roli, bo, o ile pamiętał, miała niezdrowy pociąg do niebezpieczeństwa i jeszcze gorszy do słowa „nie”, niezależnie od tego, czy towarzyszyło mu „proszę” czy „cholera”.
- Panno Moody. - Przywitał się, po pierwszym milczeniu, a w jego głosie pobrzmiewał ten typ uprzejmości, który potrafił zarówno rozbroić, jak i zirytować ludzi, zbyt formalny, by uznać go za swobodny, zbyt miękki, by posądzić mężczyznę o chłód.
A potem padło jej „zajebiście wyglądasz”.
Ton, jakim to wypowiedziała, był naturalny, nawet szczery, choć sposób, w jaki słowo to przecięło powietrze między nimi, był tak nieprzystający do ceremonii, że Lestrange z trudem powstrzymał parsknięcie. Nie dlatego, że go oburzyła, raczej zaskoczyła, w jakiś dziwnie odświeżający sposób. Z jednej strony, w zachowaniu Moody była nuta braku ogłady, który w wielu sytuacjach doprowadzałby go do irytacji, drugiej - było w niej coś autentycznego, a z trzeciej - jej ton, swobodny, zadziorny i zupełnie niepasujący do tego, jak powinna zwracać się do świadka pana młodego, zabrzmiał mu jak echo dawnych czasów. Stała tu, cała ona, z tym półprzytomnym uśmiechem, spojrzeniem, które w jednej chwili potrafiło być i rozbiegane, i skupione, i tym językiem, który zapewne mógłby wywołać u niejednej ciotki z towarzystwa atak omdlenia. Corio nie był jednak ciotką.
Lestrange uniósł lekko brew, nie odwracając głowy od panoramy, którą właśnie oglądał. Po prostu rejestrował fakty, tak jak rejestrował wszystko - spokojnie, metodycznie, z dystansem człowieka, który dawno przestał się dziwić ludzkim wybrykom, ale wciąż nie był z nich zadowolony. Jedna z kobiet, które usiadły stanowczo za blisko ołtarza, miała na sobie pióra, które przy każdym podmuchu wiatru o mało nie atakowały sąsiadki, inny mężczyzna poprawiał zdobione mankiety tak teatralnie, że wyglądał, jakby liczył na oklaski, a to były pierwsze rzędy krzeseł... Te przeznaczone dla ludzi znacznie bliższych młodym, niż ci, którzy tam zasiedli, choć członkowie najbliższej rodziny również nie zawsze umieli się zachować, chyba każdy był na swój sposób zdziwiony faktem, przed którym został postawiony. Z pewnością niewielu spodziewało się tej ceremonii.
Cornelius nie zareagował od razu, może dlatego, że przez moment nie chciał, żeby to wyglądało, jakby się zastanawiał, czy dobrze usłyszał - dopiero potem, z tym charakterystycznym spokojem, przeniósł wzrok z kobiety w obrzydliwym fiolecie na druhnę. Spojrzał na Millie, z lekkim zmrużeniem oczu, choć trudno było powiedzieć, czy rzeczywiście poczuł się urażony, czy tylko rozbawiony. Kąciki ust mężczyzny poruszyły się niemal niezauważalnie - subtelny gest, który w jego świecie był równoważny normalnemu uśmiechowi.
- Cieszę się, że zachowałem standard odpowiedni dla twojego słownika. - Odparł, a w kącikach jego ust pojawił się cień uśmiechu, nie ten grzeczny, wyuczony na salonach, ale szczery, lekko ironiczny, jakby przyłapał ją na czymś, co go bawiło bardziej, niż był gotów przyznać. Oczywiście, nie mógł pozwolić sobie na otwartą ironię - był na świeczniku, jako świadek pana młodego, a także człowiek, którego nazwisko zobowiązywało do pewnego rodzaju powściągliwości, ale był też, właśnie, tylko człowiekiem. - Ty również wyglądasz… Bardzo odpowiednio do okazji. - Powiedział w końcu, prosto, bez fałszywej kurtuazji, a na jej pytanie o obrączki sięgnął dłonią do kieszeni marynarki, nieco teatralnym, ale pełnym elegancji gestem, choć doskonale wiedział, że wszystko jest na swoim miejscu. Materiał jasnozielonego garnituru zafalował lekko w ruchu, ciemnozielony, tłoczony wzór krawata pod spodem połyskiwał dyskretnie w popołudniowym świetle.
- Są tam, gdzie powinny być. - Odparł spokojnie, bez konspiracyjnego tonu, jaki zaproponowała. Cornelius potrafił żartować, zwłaszcza przy bliskich, ale tu, w tym wypadku, był zbyt skupiony, by to robić, może też za trzeźwy, by mieć z tego frajdę. Kij, jaki według niektórych Corio miał w dupie, nadal się tam znajdował.
- Cieszę się, że Geraldine ma cię przy sobie. - Powiedział po chwili, cicho, ale szczerze. Nie uśmiechnął się szeroko, Lestrange nie był człowiekiem od uśmiechów, ale w tonie głosu zabrzmiało coś, co nawet ktoś tak czujny jak ona rozpoznałby bez trudu - uznanie. - Wiesz… To dla niej ważne. - Nie powiedział tego tonem przyjacielskim, raczej takim, który wypadało przyjąć w towarzystwie, ale coś w spojrzeniu mężczyzny zdradzało, że naprawdę tak myślał. Była to jednocześnie pochwała i gest zaufania, z ust człowieka, który rzadko pozwalał sobie na osobiste nuty. Potem poprawił mankiet, jak gdyby nigdy, i dodał tonem przywracającym mu dystans.
- Tak, zaraz, tylko spróbuj nie przeklinać, gdy zaczniemy, dobrze? To… Zajebiście ważne.
Wokół gwar zaczynał się wyciszać, pojawiali się kolejni goście, kilku z nich wciąż teatralnie pozowało do wyróżnienia się na tle rozmów, próbując skraść choć odrobinę uwagi, którą mieli wkrótce stracić na rzecz młodej pary. On natomiast stał spokojnie, wpatrując się w ścieżkę, na której zaraz mieli się pojawić Ambroise i Geraldine, dziwnie świadomy, że u jego boku stoi kobieta, którą kiedyś chciał wyrzucić z Hogwartu, mimo samemu nie bycia świętym, a dziś - o ironio - nawet bawiło go jej towarzystwo. Świat, jak się okazywało, miał jeszcze poczucie humoru, tylko wyjątkowo abstrakcyjne. Gdy stali, z Miles, tak obok siebie, gotowi na rozpoczęcie ceremonii, różnica między nimi - on w spokojnej zieleni i czerni, ona w lekkich, żywych barwach - wydawała się dziwnie harmonijna.