05.10.2025, 22:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2025, 22:53 przez Brenna Longbottom.)
Z Cynthią
Brenna z jednej strony po prostu… lubiła ludzi, a z drugiej była córką gliny, wychowaną na glinę, jej ojciec zaś lubił powtarzać, że nie ma ludzi niewinnych, zaś motto Alastora, stała czujność, od dwóch lat obijało się Brennie po głowie. Była więc ostrożna z zaufaniem, i gdzieś tam w głębi ducha wiedziała, że o wielu rzeczach lepiej Cynthii nie mówić – mimo to nawet przez myśl jej nie przeszło, co ta faktycznie robiła w Spaloną Noc. Gdyby się dowiedziała… gdyby się dowiedziała, chyba wciąż by ją kochała: ale nie potrafiłaby ot tak prowadzić jej pod rękę. Nie po Beltane. Nie po tym, ilu ludzi zginęło w płomieniach. Brenna była gotowa dla swoich przyjaciół na wiele, i jeśli jakiś filar poleciałby w tej chwili na Cynthię, odpychałaby ją, choćby to ją miało przygnieść – ale zarazem istniały rzeczy, których zaakceptować by nie umiała. Nie wiedziała jednak, dlatego zaakceptowała wyjaśnienia Flintówny, kiwając głową.
– Nie mam ci za złe, wiem, że to było szaleństwo. Po prostu się martwiłam – powiedziała.
Każdy tamtej nocy trochę umarł.
Brenna nie była pewna, czy trochę umarła – ale czasem czuła się potrzaskana w środku, i to nie tylko dlatego, że nie mogła już siadać przy kominku, stosować widmowidzenia, że odwracała odruchowo wzrok, gdy w pomieszczeniu były świece i że czasem miewała omamy, do których nie chciała się przyznać. Piętro Warowni po tym, jak przeszły tam płomienie. Pełen przerażenia wzrok Dory. Dziecko w jej rękach, gdy za nimi płonął budynek, które przeżyło, ale które nie miało już domu. Skręcający się w supeł żołądek, kiedy pierwszy raz usłyszała plotkę o Bulstrodach. List Olivii, wionący rozpaczą. Zmęczenie wypisane na twarzy Morpheusa. Pustka w domku Vincenta, do którego przywykła wchodzić bez pukania.
Setki drobnych spraw, setki ostrych igiełek, wbijające się gdzieś pod skórę.
– Zerknę do grafiku i dam ci znać, w takim razie – obiecała, całkiem zdecydowana wyrwać w kalendarzu ten czas, nawet gdyby miała któregoś dnia nie iść spać. Bo ręka Cynthii zdawała się jakby jeszcze szczuplejsza niż zwykle pod jej uściskiem, bo jej słowa zdawały się kryć w sobie nie tylko drugie, ale i trzecie, i czwarte dno. Bo Brenna nie chciała przegapić momentu, w którym ktoś jej bliski rozpadnie się na kawałki.
Rozglądała się co jakiś czas, tak, by nie było to nazbyt ostentacyjne. Milkła momentami, nasłuchując cudzych głosów.
– Hm, chyba można tak to nazwać, skoro tu przyszliśmy razem? – stwierdziła, dość lekko. To nie tak, że była speszona pytaniem, bo peszyła się bardzo rzadko. Ale mimo całego swojego rozgadania, była też z natury w istocie dość skryta w istotnych sprawach, a o tym, co faktycznie czuła, i że wcale nie było to dla niej przypadkowe „a, chodźmy gdzieś razem jako znajomi”, nie zamierzała Cynthii ot tak mówić. Choćby dlatego, że ta mogłaby się martwić. Albo potem wściekać w jej imieniu, w myśl solidarności przyjacielskiej, a Brenna nie chciała dokładać nikomu kolejnych zmartwień.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.