06.10.2025, 11:48 ✶
Nienawidził swoich drżących dłoni. Nic nie wkurwiało go bardziej, niż osądzające spojrzenia, oskarżające o brak precyzji w palcach z uszkodzonymi przez używki nerwami. Tak przynajmniej przeczytał w analizie prowadzonej przez jednego z Niewymownych, pracującego w komnacie badania sekretów mózgu. Podobno mogło go rzutować na umiejętności magiczne. W jaki sposób, nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Poza wymownymi spojrzeniami, kwestionującymi jego kompetencje, i okazjonalnymi drętwieniem, które zaburzało doznania czuciowe, powodując lekki dyskomfort, nie czuł się w żaden sposób upośledzony. Ale jeżeli inni postrzegali Alexandra Mulcibera przez pryzmat jego uzależnień, jeżeli uchodził za trwożliwego naukowca z piwnicy, a nie za kogoś, kto mógłby stanowić jakiekolwiek zagrożenie... Niechże będzie i tak, myślał. Wciąż jednak nienawidził swych drżących rąk. Gdy więc Helloise wpiła palce w jego ramię, przyniosło mu to ulgę. Pozwolił jej osadzić się w rzeczywistości, samemu rozcapierzając na moment opierścienione palce, które sztywno wyprostował, jak gdyby chciał zakląć je w taki sposób, by były mu posłusznymi.
"Źle zażynasz dziki. Nie powinny musieć tak brzmieć."
A więc mówisz mi, jak mam zabijać, dziewczyno z Kniei?, pomyślał, na pół z rozbawieniem, na pół z rozczuleniem, spojrzawszy na nią wreszcie, gdy musnęła ręką jego policzek.
Powiedzieć, że Helloise go fascynowała, byłoby niedopowiedzeniem. Dziwna była to fascynacja. Nie potrafił jej zdefiniować. Nie chciał. Nie było to potrzebne. To było miłe, gdy snuła się na peryferiach jego spojrzenia. Miłą była mu jej falująca obecność. Miła była próba zatrzymania falujących oscylacji jego dłoni. Miłym było to, że jej uśmiech... Alexander odwrócił wzrok w tym samym momencie, w którym zrobiła to Helloise, a może nawet i o jedno uderzenie serca wcześniej, jak gdyby przewidział, że jej spojrzenie ucieknie w stronę Mony Rowle i towarzyszącego jej mężczyzny.
– Prewett. Jakiś kuzyn Lorien, tyle że jej matka pochodzi z włoskiej gałęzi Prewettów, a nie z tej angielskiej. Właściciel Connivium. Baru niedaleko mojego mieszkania na Horyzontalnej, z wystrojem inspirowanym historią Imperium Rzymskiego. Nie wiem jednak, czy przetrwał pożary. Życie w Londynie bywa nużącym, dlatego zdecydowałem, że wrócę...
– ...Do domu – dokończył z rozmysłem, odwracając wzrok od Icarusa Prewetta i jego towarzyszki, aby wrócić spojrzeniem do Helloise.
Chciał jej opowiedzieć o pięćdziesięciu jeden zasuszonych ludzkich głowach, jakie zobaczył w Bengalu w totemie wzniesionym ku czci Mahawidji, uosabiających w mitologii hinduskiej różne aspekty cyklów czasu. Mundamala, tak to nazywali. Pięćdziesiąt jeden głów, każda z nich symbolizująca inną literę sanskryckiego alfabetu. Nie potrafił wymówić ani jednej, dlatego musiał zadowolić się przesunięciem palca wzdłuż znaków wyrytych w żywej niegdyś tkance. Bo sanskryt, choć pozostawał językiem martwym, używanym przez hinduskich magów jedynie podczas świętych obrzędów, miał oddawać brzmienie rodzącego się wszechświata. A wieniec z ludzkich głów, noszony przez kapłanów, przypominał, że świat rodził się i umierał z głową na łonie bogini Kali, do której to ikonografii należał. Kali, hinduska bogini destrukcji i kreacji, bogini Cyganów, którzy wywodzili swój rodowód z północnych Indii, nie ważąc się jednak użyć słowa "ojczyzna" wobec ziem zbyt dawno porzuconych. Czarna Sara la Kali w swym niszczącym aspekcie była boginią jego matki, która wiernie wznosiła ku niej modły, nazywając ją jednak prostszym imieniem.
Śmierć.
Być może nie dało się świętować życia inaczej niż w cieniu śmierci.
O tym też chciał jej powiedzieć, pozwolił się jednak porwać opowieściom Helloise, jak gdyby nie siedzieli na polanie otoczonej przez pochodnie, lecz przy trzaskającym głośno ognisku, przy którym gromadziła się starszyzna. Opowieść o kolejnym olbrzymie, o Branie Błogosławionym, kolejnym synu boga morza, znanego jednak Celtom pod imieniem Llyr. Jego głowę pochowali na Białym Wzgórzu, tam, gdzie dziś wznosi się Tower of London ze swoją Białą Wieżą, pozostającą najważniejszym punktem twierdzy. Tę legendę znał. Departament Tajemnic badał przed laty pozostałości starych pieczęci z inskrypcjami przepowiedni, które zdobiły wrota starej warowni. Szukając śladów przeszłości, badali tak naprawdę przyszłość. Wszystko było przecież ze sobą połączone, a to, co już było, powracało wciąż na nowo. Przeszłość. Przyszłość... I teraźniejszość, pomyślał Alexander, przyglądając się uważnie zasnutym mgłą wspomnień oczom Helloise, spuszczonym na podołek.
"A więc chciałbyś zjeść ojca i wychodzić za nią w jego skórze", zakpiła żartobliwie.
Ale on myślami już był dalej. Może dlatego na jej słowa zareagował jakby z opóźnieniem.
– Nie wiem. Twój ojciec żyje? – rzucił lekko, patrząc prosto przed siebie, w kierunku ołtarza, z trudem powstrzymując przyczajony w kąciku ust uśmiech przed rozlaniem się na całą twarz. Nie oczekiwał odpowiedzi. Może i się nie modlił, ale też nie zamierzał przeszkadzać Helloise w jej rozmodlonym skupieniu. Zamiast tego pozwolił wybrzmieć zaległej między nimi ciszy, oczy utkwiwszy w podeście, na którym Geraldine i Ambroise zawrzeć mieli niedługo związek małżeński, i po prostu... Patrzył.
"Źle zażynasz dziki. Nie powinny musieć tak brzmieć."
A więc mówisz mi, jak mam zabijać, dziewczyno z Kniei?, pomyślał, na pół z rozbawieniem, na pół z rozczuleniem, spojrzawszy na nią wreszcie, gdy musnęła ręką jego policzek.
Powiedzieć, że Helloise go fascynowała, byłoby niedopowiedzeniem. Dziwna była to fascynacja. Nie potrafił jej zdefiniować. Nie chciał. Nie było to potrzebne. To było miłe, gdy snuła się na peryferiach jego spojrzenia. Miłą była mu jej falująca obecność. Miła była próba zatrzymania falujących oscylacji jego dłoni. Miłym było to, że jej uśmiech... Alexander odwrócił wzrok w tym samym momencie, w którym zrobiła to Helloise, a może nawet i o jedno uderzenie serca wcześniej, jak gdyby przewidział, że jej spojrzenie ucieknie w stronę Mony Rowle i towarzyszącego jej mężczyzny.
– Prewett. Jakiś kuzyn Lorien, tyle że jej matka pochodzi z włoskiej gałęzi Prewettów, a nie z tej angielskiej. Właściciel Connivium. Baru niedaleko mojego mieszkania na Horyzontalnej, z wystrojem inspirowanym historią Imperium Rzymskiego. Nie wiem jednak, czy przetrwał pożary. Życie w Londynie bywa nużącym, dlatego zdecydowałem, że wrócę...
Percepcja. Niciowidzenie na nici powiązań Mony i Icarusa.
Rzut PO 1d100 - 63
Sukces!
Sukces!
– ...Do domu – dokończył z rozmysłem, odwracając wzrok od Icarusa Prewetta i jego towarzyszki, aby wrócić spojrzeniem do Helloise.
Chciał jej opowiedzieć o pięćdziesięciu jeden zasuszonych ludzkich głowach, jakie zobaczył w Bengalu w totemie wzniesionym ku czci Mahawidji, uosabiających w mitologii hinduskiej różne aspekty cyklów czasu. Mundamala, tak to nazywali. Pięćdziesiąt jeden głów, każda z nich symbolizująca inną literę sanskryckiego alfabetu. Nie potrafił wymówić ani jednej, dlatego musiał zadowolić się przesunięciem palca wzdłuż znaków wyrytych w żywej niegdyś tkance. Bo sanskryt, choć pozostawał językiem martwym, używanym przez hinduskich magów jedynie podczas świętych obrzędów, miał oddawać brzmienie rodzącego się wszechświata. A wieniec z ludzkich głów, noszony przez kapłanów, przypominał, że świat rodził się i umierał z głową na łonie bogini Kali, do której to ikonografii należał. Kali, hinduska bogini destrukcji i kreacji, bogini Cyganów, którzy wywodzili swój rodowód z północnych Indii, nie ważąc się jednak użyć słowa "ojczyzna" wobec ziem zbyt dawno porzuconych. Czarna Sara la Kali w swym niszczącym aspekcie była boginią jego matki, która wiernie wznosiła ku niej modły, nazywając ją jednak prostszym imieniem.
Śmierć.
Być może nie dało się świętować życia inaczej niż w cieniu śmierci.
O tym też chciał jej powiedzieć, pozwolił się jednak porwać opowieściom Helloise, jak gdyby nie siedzieli na polanie otoczonej przez pochodnie, lecz przy trzaskającym głośno ognisku, przy którym gromadziła się starszyzna. Opowieść o kolejnym olbrzymie, o Branie Błogosławionym, kolejnym synu boga morza, znanego jednak Celtom pod imieniem Llyr. Jego głowę pochowali na Białym Wzgórzu, tam, gdzie dziś wznosi się Tower of London ze swoją Białą Wieżą, pozostającą najważniejszym punktem twierdzy. Tę legendę znał. Departament Tajemnic badał przed laty pozostałości starych pieczęci z inskrypcjami przepowiedni, które zdobiły wrota starej warowni. Szukając śladów przeszłości, badali tak naprawdę przyszłość. Wszystko było przecież ze sobą połączone, a to, co już było, powracało wciąż na nowo. Przeszłość. Przyszłość... I teraźniejszość, pomyślał Alexander, przyglądając się uważnie zasnutym mgłą wspomnień oczom Helloise, spuszczonym na podołek.
"A więc chciałbyś zjeść ojca i wychodzić za nią w jego skórze", zakpiła żartobliwie.
Ale on myślami już był dalej. Może dlatego na jej słowa zareagował jakby z opóźnieniem.
– Nie wiem. Twój ojciec żyje? – rzucił lekko, patrząc prosto przed siebie, w kierunku ołtarza, z trudem powstrzymując przyczajony w kąciku ust uśmiech przed rozlaniem się na całą twarz. Nie oczekiwał odpowiedzi. Może i się nie modlił, ale też nie zamierzał przeszkadzać Helloise w jej rozmodlonym skupieniu. Zamiast tego pozwolił wybrzmieć zaległej między nimi ciszy, oczy utkwiwszy w podeście, na którym Geraldine i Ambroise zawrzeć mieli niedługo związek małżeński, i po prostu... Patrzył.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat