06.10.2025, 12:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2025, 12:24 przez Brenna Longbottom.)
– Dodaj do tego, że przełamało i zniszczyło wszystkie osłony tego domu – powiedziała Brenna, nie próbując nawet się uśmiechać. Większość czarodziejskich rodzin miało jakąś lokację, wypełnioną magią. Lestrangowie swój magiczny ogród w Londynie, Lockhartowie dom odpowiadający na siłę ich opowieści, Ollivanderowie las… a oni dom, który spowito ochronną magią.
I ta ochronna magia okazała się nic nie warta.
– No, nie wcisnęło się do piwnicy, ale inne pomieszczenia… właściwie tkwi w każdym. Coś z nich szepce. Tommy, jeśli tej klątwy nie da się zdjąć, to zrozumiemy – westchnęła. W teorii mówił, że złamanie każdej było możliwe, ale tę rzucił Voldemort, a chociaż wierzyła w Figga, wiedziała też, że czarnoksiężnik miał ogromne możliwości, a Warownia, cóż, w dużej mierze spłonęła.
– To świetnie. Do Nory mam wpaść jutro po pracy, ale pewnie i tak nie wszystko będzie gotowe – stwierdziła, kiwając głową. Klubokawiarnia nie spłonęła może, ale dach został częściowo spalony, do środka wdarły się sadza i dym, na początku było tam mnóstwo ludzi, których domy przepadły... – Pojawił się na ścianie należącego do mnie mieszkania. Wyślij mi proszę potem swoje pomysły, bo ta lokacja może się nam przydać – powiedziała, z pewną ulgą, że Thomas rozpoznawał tę runę. – Wiesz, zaczynałam sądzić, że mi odbiło, bo ta runa znikała, jak próbowałam ją pokazać tacie, ale potem pojawiała się znowu…
Ściany budynku nie spłonęły doszczętnie. Konstrukcja wciąż stała, i w teorii było to coś dobrego, bo mogło znacznie przyspieszyć odbudowę… ale tu i ówdzie popękały od gorąca. I kiedy Thomas wszedł do jednego z większych pomieszczeń – Brenna skończyła dziś wymiatać stąd to, co zostało zniszczone – mógł się przekonać, że ściany były popękane. W niektórych miejscach zdawało się, że wszedł w nie żar. Zamiast ognia poruszała się tam jednak ciemność… i Brenna w sumie nie wiedziała, co by wolała, bo do płomieni bała się zbliżyć, ale mrok szepcący twoje imię wcale nie był lepszy.
– Och, Tommy, chyba sobie ze mnie żartujesz – stwierdziła, posyłając mu uśmiech, szeroki i pozbawiony choćby odrobiny wesołości. Jego reakcja mówiła więcej niż godzinny wykład na temat klątwołamania. Klątwa była paskudna. Klątwa była niebezpieczna. Nie było mowy, aby zostawiła tutaj Thomasa samego, skoro miało być dla niej b e z p i e c z n i e j zostać na zewnątrz. Bo co z nim? Może i był klątwołamaczem, ale to była jebana klątwa jebanego Voldemorta. – Zostaję. Na wszelki wypadek od razu uprzedzę, że jeśli wypchniesz mnie drzwiami, wrócę oknem. Powinnam rzucić jakieś ochronne tarcze, czy to może zaszkodzić?
I ta ochronna magia okazała się nic nie warta.
– No, nie wcisnęło się do piwnicy, ale inne pomieszczenia… właściwie tkwi w każdym. Coś z nich szepce. Tommy, jeśli tej klątwy nie da się zdjąć, to zrozumiemy – westchnęła. W teorii mówił, że złamanie każdej było możliwe, ale tę rzucił Voldemort, a chociaż wierzyła w Figga, wiedziała też, że czarnoksiężnik miał ogromne możliwości, a Warownia, cóż, w dużej mierze spłonęła.
– To świetnie. Do Nory mam wpaść jutro po pracy, ale pewnie i tak nie wszystko będzie gotowe – stwierdziła, kiwając głową. Klubokawiarnia nie spłonęła może, ale dach został częściowo spalony, do środka wdarły się sadza i dym, na początku było tam mnóstwo ludzi, których domy przepadły... – Pojawił się na ścianie należącego do mnie mieszkania. Wyślij mi proszę potem swoje pomysły, bo ta lokacja może się nam przydać – powiedziała, z pewną ulgą, że Thomas rozpoznawał tę runę. – Wiesz, zaczynałam sądzić, że mi odbiło, bo ta runa znikała, jak próbowałam ją pokazać tacie, ale potem pojawiała się znowu…
Ściany budynku nie spłonęły doszczętnie. Konstrukcja wciąż stała, i w teorii było to coś dobrego, bo mogło znacznie przyspieszyć odbudowę… ale tu i ówdzie popękały od gorąca. I kiedy Thomas wszedł do jednego z większych pomieszczeń – Brenna skończyła dziś wymiatać stąd to, co zostało zniszczone – mógł się przekonać, że ściany były popękane. W niektórych miejscach zdawało się, że wszedł w nie żar. Zamiast ognia poruszała się tam jednak ciemność… i Brenna w sumie nie wiedziała, co by wolała, bo do płomieni bała się zbliżyć, ale mrok szepcący twoje imię wcale nie był lepszy.
– Och, Tommy, chyba sobie ze mnie żartujesz – stwierdziła, posyłając mu uśmiech, szeroki i pozbawiony choćby odrobiny wesołości. Jego reakcja mówiła więcej niż godzinny wykład na temat klątwołamania. Klątwa była paskudna. Klątwa była niebezpieczna. Nie było mowy, aby zostawiła tutaj Thomasa samego, skoro miało być dla niej b e z p i e c z n i e j zostać na zewnątrz. Bo co z nim? Może i był klątwołamaczem, ale to była jebana klątwa jebanego Voldemorta. – Zostaję. Na wszelki wypadek od razu uprzedzę, że jeśli wypchniesz mnie drzwiami, wrócę oknem. Powinnam rzucić jakieś ochronne tarcze, czy to może zaszkodzić?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.