Ledwie chwilę przed godziną siedemnastą Geraldine Yaxley opuściła swoją własną sypialnię w rodzinnej rezydencji. Dzień minął jej szybko, wyjątkowo szybko, każdy czegoś od niej chciał, lub przychodził się upewnić, czy aby na pewno wszystko jest w porządku. Ostatnie do jej pokoju zajrzały Millie, Jennifer i Ursula, które zadbały o to by wyglądała idealnie. Zupełnie jak nie ona, ale był to na tyle wyjątkowy dzień, że wydawało jej się, iż tak właśnie być powinno.
Ubrana była w białą suknię, raczej z tych prostych, nie przesadnie udziwnioną, była to zasługa Lestrange, która oddała jej swoją własną kreację, której nigdy nie miała szansy założyć. Geraldine doceniała ten gest, wiele dla niej znaczył, była to jedna z niewielu osób na której aprobacie faktycznie jej zależało, a miała świadomość, że była dla Ambroise'a bliższa niż jego własna matka. Kobiety zadbały o to, aby żaden niesforny kosmyk z jej napuszonych włosów nie żył dzisiaj swoim własnym życiem, wpięły jej we włosy długi welon, no spowodowały, że faktycznie tego dnia czuła się wyjątkowa.
Czy mocno stresowała się tym, że zaraz miała wystąpić przed tymi wszystkimi ludźmi? Rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, mniej znajomymi? Niby nie do końca, jednak odrobinę na pewno. Yaxley nie lubiła, kiedy wszystkie oczy były skierowane w jej stronę, nie w takich sytuacjach - inaczej wyglądało to, gdy mogła prezentować swoje faktyczne umiejętności, tutaj miała po prostu być. Na szczęście zaraz miała mieć to za sobą, był to tylko jeden dzień, no może dwa, czy trzy, góra tydzień - wiedziała, że jak w tym miejscu zaczyna się biesiadować to bardzo trudno jest się wyrwać. Jej ojciec potrafił osaczać swoich gości w taki magiczny sposób, że nie chcieli stąd wyjść, może nawet bardziej jego bimber niż sam on.
Co do Gerarda... zjawił się przed drzwiami do sypialni córki chwilę przed siedemnastą. Wystrojony jak nigdy wcześniej, sama Geraldine gwizdnęła krótko kiedy zobaczyła swojego ojca. Nie dało się nie dostrzec, że przeszedł sam siebie. W końcu taka okazja nie zdarzała się zbyt często... była jego pierwszym dzieckiem, które miało zmienić stan cywilny, więc odpowiednio podszedł do przygotowań. Zapewne kolejny raz nie miał się wydarzyć zbyt szybko, o ile wcale, bo jej starszy brat jakoś nie okazywał chęci powrotu do domu, ostatnio pisał coraz mniej, tak naprawdę nie mieli pojęcia, co właściwie się z nim działo, a młodszy... cóż z Astarothem ostatnio było bardzo źle, również został odesłany zagranicę.
Opuścili więc razem rezydencję, nie szli w ciszy, nigdy tego nie robili. Geraldine była oczkiem w głowie swojego ojca, także, jeszcze trzy razy się upewnił, że na pewno chce to zrobić (w przeciwieństwie do jej matki nie miał, aż takiego parcia na to, aby jego córka wyszła za mąż, mimo tego, że nie należała do najmłodszych kobiet i mogła już zostać uznana za starą pannę). Nie dlatego, że nie lubił jej przyszłego wybranka, wręcz przeciwnie znali się bardzo dobrze, po prostu chciał mieć pewność, że właśnie tego pragnie. Sama Yaxley była tego pewna, jak niczego innego wcześniej. Jasne, decyzja został podjęta spontanicznie, wszystko przygotowane szybko, jednak nic nie działo się bez przyczyny. Więź, która łączyła ją z Ambroisem trwała od lat, wiedziała, że jest jedyną i właściwą osobą, wiedziała, że to właśnie z nim chce spędzić resztę życia. Pożary okazały się być impulsem, który spowodował, że stwierdzili, że warto to zrobić teraz, w końcu nic już nie mogło być pewne, a skoro mogli razem radzić sobie w tym pojebanym świecie, to dlaczego mieliby tego nie zrobić?
W końcu przystanęli na górze alejki, schowani jeszcze przed wzrokiem gości, którzy na pewno już zdążyli zająć swoje miejsca. Przestali gawędzić, oczekiwali ustalone sygnału, który miał dać im znać, że to już ten moment, kiedy mieli się pojawić między zgromadzonymi. Nadszedł. Yaxleyówna wzięła głęboki oddech, ścisnęła mocniej bukiet, który trzymała w prawej ręce i ruszyli wraz z Gerardem między krzesłami pełnymi ludzi. Yaxleyówna nie rozglądała się po bokach, nie przyglądała się temu, kto gdzie siedział, kto się pojawił, a kto nie. Skupiona była póki co na tym, aby pokonać tę drogę jak najbardziej zgrabnie, sukienka bowiem nieco krępowała jej ruchy, do tego ten długi welon... nie był to najłatwiejszy spacer w jej życiu. Ojciec jednak stanowił całkiem stabilne oparcie, był od niej wyższy o jakieś piętnaście centymetrów, więc miała się czego trzymać. Szli powoli, ich ruchom towarzyszył dźwięk harfy, który rozchodził się po okolicy.
Wpatrzona była w ołtarz, który był ich celem. Znajdowali się tam już wszyscy, którzy powinni tam być, brakowało tylko jej, w końcu udało im się dotrzeć do celu bez żadnych problemów. Mogli zaczynać.
Geraldine uśmiechnęła się do Corneliusa i do Millie, naprawdę cieszyło ją to, że to właśnie oni się tutaj z nimi znaleźli. Millie w końcu była jej przyjaciółką od lat, a Corio, który znalazł się w jej życiu właśnie przez Ambroise'a mogłaby nazwać swoją rodziną, chociaż w ich żyłach nie płynęła ta sama krew. Nie mogła sobie wymarzyć lepszego towarzystwa w tym miejscu. Skinęła głową kapłanowi, i dopiero wtedy, w końcu mogła spojrzeć na swojego wybranka. Roise prezentował się wspaniale, zresztą jak zawsze, przynajmniej w jej oczach, chociaż chyba nigdy jeszcze nie widziała go w tak bardzo eleganckiej odsłonie.
Ojciec zostawił ją przy ołtarzu, witając się wcześniej oficjalnie z panem młodym (jakby wcale nie widzieli się w ciągu tego dnia). Szybko zajął miejsce u boku swojej żony.
- No to zaczynamy. - Szepnęła cicho, bardzo cicho, tak, aby nie usłyszał tego nikt poza Ambroise'm, no może świadkami i kapłanem, ale nie powinni na to zwrócić większej uwagi. Jeszcze chwila, jeszcze moment, a zostaną małżeństwem, już nic nie mogło im przeszkodzić.