- Podejrzewam, że nawet jeśli widać Cię na milę to i tak jesteś w stanie zaskoczyć każdego pojawiając się zupełnie znikąd. - Może brzmiało to trochę jak masło maślane, ale Benjy na pewno wiedział o co jej chodzi. Fenwick posiadał tę nadzwyczajną umiejętność wychodzenia z cienia, miała szansę się o tym przekonać nieraz, i ostatnio i kiedy była młodą czarownicą. Kiedyś okropnie ją to irytowało, aktualnie raczej jej imponowało, jak widać punkt widzenia mógł się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni.
Faktycznie to krótkie oderwanie się od tego całego ślubnego zamieszania pomogło jej uspokoić myśli. Bletchley miewała problemy z socjalizacją, to nie było żadną tajemnicą, niezbyt dobrze czuła się wśród tłumu obcych ludzi, widać jednak wystarczyła u jej boku odpowiednia osoba, a ta zupełnie niepotrzebna niepewność przestawała istnieć.
- i bardzo dobrze. - Rzuciła całkiem lekko, jednak w jej oczach pojawił się ten charakterystyczny dla niej błysk, chyba naprawdę cieszyła się z tego, że nikomu nie będzie dane się pomylić z kim się tutaj pojawiła. Mając u swojego boku kogoś jak Benjy będzie czuła się niepewnie i nie będzie się musiała martwić interakcjami z nieznanymi ludźmi, coś czuła, że to faktycznie może zadziałać.
- Staram się uważać. - Powiedziała jeszcze cicho, ale nie mogła przecież zignorować koleżanki... bo nie miała ich znowu tak wiele...
Usiedli na swoich miejscach, czekali na to, aż ceremonia się rozpocznie. Musiało to się to zdarzyć już za chwilę, bo na ołtarzu pojawił się Ambroise. Nie wyglądał na zestresowanego, co było całkiem normalne, miała wrażenie, że nigdy nie było po nim widać, kiedy faktycznie się czymś przejmował. Potrafił trzymać emocje na wodzy, jak nikt inny. To akurat nie było dla niej żadnym zaskoczeniem. Mimo tego, że nazywali się tylko i wyłącznie sojusznikami, nie byli swoimi przyjaciółmi, nie spoufalali się zbytnio to cieszyła się jego szczęściem, dobrze było wiedzieć, że jej partner w zbrodni znalazł swój spokój.
Wtedy rozległy się te trzy, bardzo głośne huknięcia, które spowodowały, że serce zabiło jej nieco szybciej, nie żeby mroczna panna Bletchley bała się czegoś tak prozaicznego... chociaż może, odrobinę? Na szczęście nie zareagowała nerwowo, chociaż po jej plecach przeszedł zimny dreszcz. Tuż po chwili można było usłyszeć melodię graną przez harfistkę, zrobiło się zamieszanie, co oznaczało, iż panna młoda pojawiła się właśnie na przyjęciu. Tak, to był moment, w którym uniosła się z krzesła, bo przecież wypadało wstać. Odruchowo spojrzała w stronę alejki, aby zobaczyć, jak prezentowała się przyszła żona Grenngrassa.
Ona kiedyś też miała być panną młodą, nigdy jednak nie doszła do tego etapu, bo narzeczony umarł kilka tygodni przed ceremonią, nie czuła jednak zazdrości, miała to wszystko za sobą, już dawno ułożyła sobie wszystko w głowie, wiedziała, że tak po prostu miało być, nie było sensu rozgrzebywać tych wspomnień, nie kiedy pojawiła się tutaj, aby celebrować czyjeś szczęście, zresztą aktualnie sama czuła się wyjątkowo jak na siebie szczęśliwa, chociaż sama nie do końca wiedziała, co przyniesie jutro. Najbardziej istotne było dla niej jednak tu i teraz.
Pozwoliła sobie dyskretnie złapać Benjy'ego za dłoń, kiedy tak stali i oczekiwali, aż Geraldine ich minie. Na twarzy Prudence gościł uśmiech, niewymuszony, zupełnie szczery.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control