06.10.2025, 16:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2025, 17:09 przez Gabriel Montbel.)
–Moi? – zaśmiał się. Serdecznie, perliście, śmiechem lekkim i nieprzystającym do krypt i cmentarzy, a tak bardzo adekwatnym do francuskiego salonu i to nie czasów obecnych, a wcześniejszych, gdy arystokracja była arystokracją, a chłopstwo chłopstwem.
Czy chciał od niego czegoś więcej niż krwi? Czegos innego niż stałych dostaw krwi. Nie był pewien. Mógł zadbać w ten sposób o jej interesy. Wnosić coś do partnerstwa, które mu ofiarowywała. Mógł pytać o sprawy ważnej, wampirzej wagi, o to, że jakieś pijawki zasysają bez zgody i przyzwolenia dawców krew, a pozostają nadal nieuchwytne wymiarowi prawa. Mógł nadrabiać ludzkie zapiski o świecie pod jego światłym przewodnictwem. Mógł oczywiście pytać o możliwości współpracy, opowiedzieć mu o agencji panny Rosewood i możliwościach, które on jako sędzia mógłby z tego wyciągnąć. Mógł. Ale tego nie zrobił, szczerze rozbawiony małą pchełką, która czuła się tak szalenie ważna stojąc na szczycie kociego łba.
– Ludzkość jest toczona chorobą od zarania dziejów, to akurat nic nowego. Imperia powstają i upadają. Co się liczy to piękno i ulotność chwili, nim dekady zmienią się w wieki. To właśnie świadczy o Twojej wartości kwiatku, a nie ornaty i złote łańcuchy, które nosisz. – Przerzucił sobie kij przez barki i zawiesił na nim dłonie w swobodnej pozie. Odwrócił się do mężczyzny powoli, bezwstydnie dając sobie czas na zlustrowanie jego ciała teraz, gdy lampy znów zaczęły działać. – Czasem zwyczajnie chodzi o to, by zapomnieć. Czasem chodzi o to, by ciało poddało się i opadło z sił, a wszystko co Cię gnębiło zniknęło w gęstej mlecznej mgle. Co ja mogę Tobie dać, to coś więcej niż złota rada. To moment spokoju. Ale... – westchnął i spakował kij do skórzanej torby, po czym przerzucił ją sobie przez ramię. – Nie dziś. Dość już się zasiedziałem, a umówiony jestem na kolację, nie mogę pozwolić by mój gość czekał. Do zobaczenia monsieur sędzio. Gdzieś, kiedyś... w Londynie. Jestem przekonany, że nasze ścieżki jeszcze się skrzyżują a Ty... – miast zniknąć podszedł do Roberta, blisko, tak by chłodny oddech mógł ostatni raz połaskotać skórę na twarzy, by lodowymi błękitnymi ślepiami uwięzić w objęciu spojrzenie hardych, tak błagających przed momentem oczu. Gdzieś tam było ziarno. Czy trafiło na podatny grunt? –... będziesz miał chwilę na to by ochłonąć i zdecydować, czy taka umowa byłaby dla Ciebie opłacalna.
Krok w tył.
Błysk kła w zawadiackim, asymetrycznym uśmiechu.
– À bientôt – powiedział i zniknął.
Czy chciał od niego czegoś więcej niż krwi? Czegos innego niż stałych dostaw krwi. Nie był pewien. Mógł zadbać w ten sposób o jej interesy. Wnosić coś do partnerstwa, które mu ofiarowywała. Mógł pytać o sprawy ważnej, wampirzej wagi, o to, że jakieś pijawki zasysają bez zgody i przyzwolenia dawców krew, a pozostają nadal nieuchwytne wymiarowi prawa. Mógł nadrabiać ludzkie zapiski o świecie pod jego światłym przewodnictwem. Mógł oczywiście pytać o możliwości współpracy, opowiedzieć mu o agencji panny Rosewood i możliwościach, które on jako sędzia mógłby z tego wyciągnąć. Mógł. Ale tego nie zrobił, szczerze rozbawiony małą pchełką, która czuła się tak szalenie ważna stojąc na szczycie kociego łba.
– Ludzkość jest toczona chorobą od zarania dziejów, to akurat nic nowego. Imperia powstają i upadają. Co się liczy to piękno i ulotność chwili, nim dekady zmienią się w wieki. To właśnie świadczy o Twojej wartości kwiatku, a nie ornaty i złote łańcuchy, które nosisz. – Przerzucił sobie kij przez barki i zawiesił na nim dłonie w swobodnej pozie. Odwrócił się do mężczyzny powoli, bezwstydnie dając sobie czas na zlustrowanie jego ciała teraz, gdy lampy znów zaczęły działać. – Czasem zwyczajnie chodzi o to, by zapomnieć. Czasem chodzi o to, by ciało poddało się i opadło z sił, a wszystko co Cię gnębiło zniknęło w gęstej mlecznej mgle. Co ja mogę Tobie dać, to coś więcej niż złota rada. To moment spokoju. Ale... – westchnął i spakował kij do skórzanej torby, po czym przerzucił ją sobie przez ramię. – Nie dziś. Dość już się zasiedziałem, a umówiony jestem na kolację, nie mogę pozwolić by mój gość czekał. Do zobaczenia monsieur sędzio. Gdzieś, kiedyś... w Londynie. Jestem przekonany, że nasze ścieżki jeszcze się skrzyżują a Ty... – miast zniknąć podszedł do Roberta, blisko, tak by chłodny oddech mógł ostatni raz połaskotać skórę na twarzy, by lodowymi błękitnymi ślepiami uwięzić w objęciu spojrzenie hardych, tak błagających przed momentem oczu. Gdzieś tam było ziarno. Czy trafiło na podatny grunt? –... będziesz miał chwilę na to by ochłonąć i zdecydować, czy taka umowa byłaby dla Ciebie opłacalna.
Krok w tył.
Błysk kła w zawadiackim, asymetrycznym uśmiechu.
– À bientôt – powiedział i zniknął.
Koniec sesji