06.10.2025, 19:20 ✶
– No kurwa, mówisz masz! – odpowiedziała mu wesoło i dopiero po chwili zakumała co też takiego powiedziała. Przyłożyła dłonie do ust w dziewczęcym całkiem jak na nią geście i zachichotała kretyńsko. To przez te jebane kwiatki! Z pewnością rzucono na nie jakiś urok! – myślała, kiedy wargi raczej wypowiadały "no sorówa no już już przepraszam".
A potem wiatr zawiał i miała przez moment poczucie, że szal nie zadziałał i wszystko psu na budę, bo dreszcz przetoczył się przez plecy. Przestała chichotać jak debil, zamiast tego wyprostowała się jak struna, kierując twarz o ostrych rysach w stronę drzew, które wydawały jej się teraz straszniejsze, gdy słońce zachodziło. Mieli trzy kwadranse nim zniknie zupełnie, a cienie wydłużone, żarłoczne, drapieżne wychylał się spomiędzy konarów głodne ich życiowej esencji. Fakt, że była straszliwym mieszczuchem nie pomagał. To zdecydowanie nie był jej teren, tak jak jej terenem nie była Polana Ognisk. Mimowolnie zadrżała. Jej demony miały pozostać jej demonami, skitrane w szafie i pod łózkiem! To nie był moment na te "drobne komplikacje", urojenia, odkształcenia rzeczywistości, które kazały jej się dopatrywać zagrożeń nawet nie w tym świecie, a w drugim, możliwym do oglądania dziedzictwem krwi po kądzieli. Miała wrażenie, że granica między światem widzialnym a tym drugim staje się coraz cieńsza i nie było to dobre wrażenie. Złote oczy, teraz poważne, czujne drygiem policyjnym omiotły nagle zebranych. Dawna szukająca wypatrywała swoje złote znicze... Brenna, Atreus złamas, Nora, trochę próchna Johny'ego i Morfiny i tak tam dalej dostrzegła kędzierzawą czuprynę Liszka, który przełamie każdy urok, każdego poskłada... Wydech. To były jej strategiczne punkty. Był jeszcze typek, który się do niej uśmiechnął przed momentem, mignął jej wcześniej, chyba był z Artemis miał też tu działać, jak zacznie się rodeo. I Cornelius Lestrange tuż obok ze swoją aurą zajebistości, pan koroner, może bardziej babrał się w trupach niż ścigał czarnoksiężników, ale ostatecznie gryfońskie serce robiło swoje.
Może i miała na sobie kolorowe kwiatki, makijaż, białe szpilki, ale wychodziła z niej gliniarska rutyna bardziej niż kiedykolwiek by przyznała przed kimkolwiek. Ukryła dłonie między hałdy sukienki, szukając specjalnie wszytej kieszeni umożliwiającej jej natychmiastowe podjęcie różdżki i posłanie różdżki przeciwnika w kosmos. Zdobyła się na jeszcze jedno, pełne jadowitej nienawiści spojrzenie w stronę straszącego ją lasu, a potem wzięła wdech i skupiła na otaczającym świecie. Na nienaturalnym milczeniu.
Och to już...
Zamrugała, kiwając głową sztywno Ambroisowi na powitanie i odsuwając się instynktownie o krok, żeby zrobić miejsce dla Panny Młodej. Kroki Geraldine pośród ludzi były niespieszne i dostojne, w tej sukience wyglądała nawet kobieco, co przy jej muskulaturze nie było takie proste do osiągnięcia. Moody zdołała pomyśleć, że pasowali do siebie, przypomnieć gdzieś przy okazji o kolejnym wydechu, rzucić jedno kontrolne spojrzenie w stronę Morpheusa, którego wyjebane... czy to Vakel?! Zamrugała zdziwiona, a potem postanowiła się rozluźnić na ile to było możliwe, bo jak tu było takie stężenie jasnowidzów Ty Alexander spierdalaj na metr kwadratowy, ryzyko jakiejś ostrej rozpierduchy zmniejszało się drastycznie. Postanowiła nawet się uśmiechnąć i w milczeniu czekać, aż kuzynek klecha pokaże jej gdzie się podpisać. Chyba nie będzie musiała nikomu mówić, że ona też? Nie... na pewno nie.
Stanęła wspierać Geraldine już spokojniejsza, w lekkim policyjnym rozkroku i z ręką na ukrytej różdżce. Niech ktoś spróbuje im przeszkodzić, to będzie miał z nią do czynienia!
A potem wiatr zawiał i miała przez moment poczucie, że szal nie zadziałał i wszystko psu na budę, bo dreszcz przetoczył się przez plecy. Przestała chichotać jak debil, zamiast tego wyprostowała się jak struna, kierując twarz o ostrych rysach w stronę drzew, które wydawały jej się teraz straszniejsze, gdy słońce zachodziło. Mieli trzy kwadranse nim zniknie zupełnie, a cienie wydłużone, żarłoczne, drapieżne wychylał się spomiędzy konarów głodne ich życiowej esencji. Fakt, że była straszliwym mieszczuchem nie pomagał. To zdecydowanie nie był jej teren, tak jak jej terenem nie była Polana Ognisk. Mimowolnie zadrżała. Jej demony miały pozostać jej demonami, skitrane w szafie i pod łózkiem! To nie był moment na te "drobne komplikacje", urojenia, odkształcenia rzeczywistości, które kazały jej się dopatrywać zagrożeń nawet nie w tym świecie, a w drugim, możliwym do oglądania dziedzictwem krwi po kądzieli. Miała wrażenie, że granica między światem widzialnym a tym drugim staje się coraz cieńsza i nie było to dobre wrażenie. Złote oczy, teraz poważne, czujne drygiem policyjnym omiotły nagle zebranych. Dawna szukająca wypatrywała swoje złote znicze... Brenna, Atreus złamas, Nora, trochę próchna Johny'ego i Morfiny i tak tam dalej dostrzegła kędzierzawą czuprynę Liszka, który przełamie każdy urok, każdego poskłada... Wydech. To były jej strategiczne punkty. Był jeszcze typek, który się do niej uśmiechnął przed momentem, mignął jej wcześniej, chyba był z Artemis miał też tu działać, jak zacznie się rodeo. I Cornelius Lestrange tuż obok ze swoją aurą zajebistości, pan koroner, może bardziej babrał się w trupach niż ścigał czarnoksiężników, ale ostatecznie gryfońskie serce robiło swoje.
Może i miała na sobie kolorowe kwiatki, makijaż, białe szpilki, ale wychodziła z niej gliniarska rutyna bardziej niż kiedykolwiek by przyznała przed kimkolwiek. Ukryła dłonie między hałdy sukienki, szukając specjalnie wszytej kieszeni umożliwiającej jej natychmiastowe podjęcie różdżki i posłanie różdżki przeciwnika w kosmos. Zdobyła się na jeszcze jedno, pełne jadowitej nienawiści spojrzenie w stronę straszącego ją lasu, a potem wzięła wdech i skupiła na otaczającym świecie. Na nienaturalnym milczeniu.
Och to już...
Zamrugała, kiwając głową sztywno Ambroisowi na powitanie i odsuwając się instynktownie o krok, żeby zrobić miejsce dla Panny Młodej. Kroki Geraldine pośród ludzi były niespieszne i dostojne, w tej sukience wyglądała nawet kobieco, co przy jej muskulaturze nie było takie proste do osiągnięcia. Moody zdołała pomyśleć, że pasowali do siebie, przypomnieć gdzieś przy okazji o kolejnym wydechu, rzucić jedno kontrolne spojrzenie w stronę Morpheusa, którego wyjebane... czy to Vakel?! Zamrugała zdziwiona, a potem postanowiła się rozluźnić na ile to było możliwe, bo jak tu było takie stężenie jasnowidzów Ty Alexander spierdalaj na metr kwadratowy, ryzyko jakiejś ostrej rozpierduchy zmniejszało się drastycznie. Postanowiła nawet się uśmiechnąć i w milczeniu czekać, aż kuzynek klecha pokaże jej gdzie się podpisać. Chyba nie będzie musiała nikomu mówić, że ona też? Nie... na pewno nie.
Stanęła wspierać Geraldine już spokojniejsza, w lekkim policyjnym rozkroku i z ręką na ukrytej różdżce. Niech ktoś spróbuje im przeszkodzić, to będzie miał z nią do czynienia!