08.10.2025, 16:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.10.2025, 16:10 przez Samuel McGonagall.)
Inny czas. Inne miejsce.
Pierwszy raz.
Pierwszy raz.
Nie był jeszcze przydatny, jak miało to miejsce w kolejnych latach, gdy matka w ramach nauk pokazała mu niedźwiedzia brunatnego. Ale wciąż miał ręce i nogi, wciąż mógł pchać niewielki wózeczek przez wzgórki i korzenie Kniei Godryka. Mógł zbierać wypadające ze rzeczy - zioła i grzyby, surowce najtrudniej w Kniei dostępne, a możliwe do złapania za pośrednictwem rozlicznych talentów jego matki. Lot i bezwzględność, połączona z perfekcyjnym rozeznaniem we florze i faunie Kniei. To miało się we krwi, Samuelu. Jesteśmy dziećmi tego miejsca. Ty i ja – mówiła mu, choć nie potrafił tak jak ona zmienić się w ptaka na zawołanie. To przyjdzie – zapewniała go, gdy odważył się wyrazić przy niej swoje zmartwienie.
Targ z oczywistych powodów przytłoczył go. Zwyczajnie widywał tylko ciocię, która czasem dostarczała im do chatki różne rzeczy, których las im nie mógł przynieść, ale teraz jej tu nie było. Oczywiście, miał zasznurowane usta, jeżeli chodzi o tatę, o którym nikt nie mógł wiedzieć. Tata jest martwy dla świata i niech tak pozostanie mówiła matka, a żaden mężczyzna w ukrytej między drzewami i zaroślami leśniczówce nie odważał się nigdy jej sprzeciwić. Altair z resztą potem, gdy czujne oczy Beatrice nie patrzyły, mierzwił jasną czuprynę swojemu synowi i w kilku kojących słowach mówił, że tak jest dobrze. Więc było dobrze.
A tu, na jarmarku nie było dobrze. Stanowczo za dużo ludzi. Za dużo dzieci. Za dużo znaków zapytania. Rozmów. Matka uczyła go, że każdy mógł być zagrożeniem, że ludzie czyhali na nią i na niego, więc im mniej rozmów tym lepiej. A teraz tych rozmów było tak wiele. Samuel bał się, ale też bał się bardziej okazać strach przed matką. Nienawidziła tego.
W tym całym zamieszaniu i rozgardiaszu, dostawał co jakiś czas polecenie. W końcu otrzymał zadanie przeważające każde inne. Mieszek z syklami i polecenie. Ciemiernik. Miał znaleźć ziarna najlepiej od magów mających ciemniejsze twarze - taką dostał dyspozycję, ale jemu się zdawało że wszyscy byli ciemniejsi od niego i od niej. I od ojca który był już martwy, chociaż nie. Skinął głową i czmychnął chcąc być pomocny.
Tylko było tak bardzo głośno...
Pierwszy raz.
Pierwszy.
Ukrył się za tylnymi ścianami straganów. Kamienny murek dawał wrażenie cichości i spokoju, czegokolwiek znajomego. Matka mówiła, że to próba, że jego charakter musi być silny. Musiał być twardy dla niej i dla ojca, stłumił więc w swoich ustach jakikolwiek strach. Otaczające go śmieci i pakunki zdawały się być bliższe jego upodobaniom niż ludzie, którym miał nie ufać. Przemieszczał się po nich jak małe kocie, może nie bezgłośnie, ale całkiem sprawnie zważywszy na swoje dziesięcioletnie rozmiary osoby odżywiającej się całe życie darami lasu.
Pierwszy.
Raz.
Nie płakała. Siedziała skulona, jakby coś ją bolało. Powinien ją ominąć, ale oznaczałoby to wyjście znów do ludzi, z którymi kontaktu chciał mieć jak najmniej. Była obca więc z oczywistych względów była podejrzana. Przekrzywił głowę, tak jak matka przekrzywiała głowę, gdy była zaintrygowana jakimś problemem. Ktoś z zewnątrz powiedziałby, że robiła to "ptasio", ale on poza nią i ojcem nie znał innych zachowań, szedł więc za wzorcem wyrytym w czaszce.
Konflikty wewnętrzne to coś, co dopiero miało się zacząć, wraz z wiekiem z dojrzewaniem, dziś jednak był raz. Pierwszy raz. Powinien przejść dalej, najlepiej po niej. Wspiąć się na murek i udawać, że nic nie widział. Nawet na moment zadarł głowę by ocenić swoje szanse, a był we wspinaniu się wcale niezgorszy, tak mu mówił ojciec. A może jednak... powinien dać jej coś żeby przestało boleć. Dostał od ojca na drogę niewielkie zawiniątko, które pozostało jeszcze z prezentu pani ciotki. Cukierek. Matka mówiła, że cukierki psują charakter, ale ojciec dawał mu je potajemnie za każdym razem gdy dzień był zbyt ciężki. Gdy miał swoje wielkie smutki, jak matka była niezadowolona. Dostał też teraz jeden na drogę, ale bał się, że ona zobaczy. Wsadził rękę do kieszeni i przez moment pomiędrolił foliowe opakowanie. Zacisnął usta w procesie decyzyjnym spalającym niemal cały jego dziesięcioletni umysł.
– Masz. Wtedy jest lepiej. – powiedział nagle z impetem wyciągając ku niej rękę z cukierkiem. Trochę był zasłonięty śmieciami zza których ją obserwował przez ten krótki moment, troche jego długie jasne jak proso włosy wystawały zza skrzyń i worków. Na otwartej dziecięcej dłoni leżał wymięty cukierek. Zwykła landrynka w biało czerwonym opakowaniu.
Pierwszy raz.
Pierwszy raz.
Nie był jeszcze przydatny, jak miało to miejsce w kolejnych latach, gdy matka w ramach nauk pokazała mu niedźwiedzia brunatnego. Ale wciąż miał ręce i nogi, wciąż mógł pchać niewielki wózeczek przez wzgórki i korzenie Kniei Godryka. Mógł zbierać wypadające ze rzeczy - zioła i grzyby, surowce najtrudniej w Kniei dostępne, a możliwe do złapania za pośrednictwem rozlicznych talentów jego matki. Lot i bezwzględność, połączona z perfekcyjnym rozeznaniem we florze i faunie Kniei. To miało się we krwi, Samuelu. Jesteśmy dziećmi tego miejsca. Ty i ja – mówiła mu, choć nie potrafił tak jak ona zmienić się w ptaka na zawołanie. To przyjdzie – zapewniała go, gdy odważył się wyrazić przy niej swoje zmartwienie.
Targ z oczywistych powodów przytłoczył go. Zwyczajnie widywał tylko ciocię, która czasem dostarczała im do chatki różne rzeczy, których las im nie mógł przynieść, ale teraz jej tu nie było. Oczywiście, miał zasznurowane usta, jeżeli chodzi o tatę, o którym nikt nie mógł wiedzieć. Tata jest martwy dla świata i niech tak pozostanie mówiła matka, a żaden mężczyzna w ukrytej między drzewami i zaroślami leśniczówce nie odważał się nigdy jej sprzeciwić. Altair z resztą potem, gdy czujne oczy Beatrice nie patrzyły, mierzwił jasną czuprynę swojemu synowi i w kilku kojących słowach mówił, że tak jest dobrze. Więc było dobrze.
A tu, na jarmarku nie było dobrze. Stanowczo za dużo ludzi. Za dużo dzieci. Za dużo znaków zapytania. Rozmów. Matka uczyła go, że każdy mógł być zagrożeniem, że ludzie czyhali na nią i na niego, więc im mniej rozmów tym lepiej. A teraz tych rozmów było tak wiele. Samuel bał się, ale też bał się bardziej okazać strach przed matką. Nienawidziła tego.
W tym całym zamieszaniu i rozgardiaszu, dostawał co jakiś czas polecenie. W końcu otrzymał zadanie przeważające każde inne. Mieszek z syklami i polecenie. Ciemiernik. Miał znaleźć ziarna najlepiej od magów mających ciemniejsze twarze - taką dostał dyspozycję, ale jemu się zdawało że wszyscy byli ciemniejsi od niego i od niej. I od ojca który był już martwy, chociaż nie. Skinął głową i czmychnął chcąc być pomocny.
Tylko było tak bardzo głośno...
Pierwszy raz.
Pierwszy.
Ukrył się za tylnymi ścianami straganów. Kamienny murek dawał wrażenie cichości i spokoju, czegokolwiek znajomego. Matka mówiła, że to próba, że jego charakter musi być silny. Musiał być twardy dla niej i dla ojca, stłumił więc w swoich ustach jakikolwiek strach. Otaczające go śmieci i pakunki zdawały się być bliższe jego upodobaniom niż ludzie, którym miał nie ufać. Przemieszczał się po nich jak małe kocie, może nie bezgłośnie, ale całkiem sprawnie zważywszy na swoje dziesięcioletnie rozmiary osoby odżywiającej się całe życie darami lasu.
Pierwszy.
Raz.
Nie płakała. Siedziała skulona, jakby coś ją bolało. Powinien ją ominąć, ale oznaczałoby to wyjście znów do ludzi, z którymi kontaktu chciał mieć jak najmniej. Była obca więc z oczywistych względów była podejrzana. Przekrzywił głowę, tak jak matka przekrzywiała głowę, gdy była zaintrygowana jakimś problemem. Ktoś z zewnątrz powiedziałby, że robiła to "ptasio", ale on poza nią i ojcem nie znał innych zachowań, szedł więc za wzorcem wyrytym w czaszce.
Konflikty wewnętrzne to coś, co dopiero miało się zacząć, wraz z wiekiem z dojrzewaniem, dziś jednak był raz. Pierwszy raz. Powinien przejść dalej, najlepiej po niej. Wspiąć się na murek i udawać, że nic nie widział. Nawet na moment zadarł głowę by ocenić swoje szanse, a był we wspinaniu się wcale niezgorszy, tak mu mówił ojciec. A może jednak... powinien dać jej coś żeby przestało boleć. Dostał od ojca na drogę niewielkie zawiniątko, które pozostało jeszcze z prezentu pani ciotki. Cukierek. Matka mówiła, że cukierki psują charakter, ale ojciec dawał mu je potajemnie za każdym razem gdy dzień był zbyt ciężki. Gdy miał swoje wielkie smutki, jak matka była niezadowolona. Dostał też teraz jeden na drogę, ale bał się, że ona zobaczy. Wsadził rękę do kieszeni i przez moment pomiędrolił foliowe opakowanie. Zacisnął usta w procesie decyzyjnym spalającym niemal cały jego dziesięcioletni umysł.
– Masz. Wtedy jest lepiej. – powiedział nagle z impetem wyciągając ku niej rękę z cukierkiem. Trochę był zasłonięty śmieciami zza których ją obserwował przez ten krótki moment, troche jego długie jasne jak proso włosy wystawały zza skrzyń i worków. Na otwartej dziecięcej dłoni leżał wymięty cukierek. Zwykła landrynka w biało czerwonym opakowaniu.