09.10.2025, 18:13 ✶
Są ze mną nieopodal makiety The Globe: Lorien, Anthony, Oleander, Aaron
Zbędnym byłoby powtórzyć, że pani Mulciber obecność Aarona u boku Lorien była nie w smak. Równie zbędnym byłoby ze strony starej ponownie czynić w związku z jego osobą aluzje werbalne czy niewerbalne. Nie miała jeszcze bowiem pojęcia, że nie jest to jednorazowy wybryk; nie przykładała do niego toteż nadto uwagi.
Gdy Lorien zaoferowała swoje mądrości — słuszne skądinąd, bo publicznych gestów ocieplających wizerunek potrzebowali — Philomena zniżyła głowę i głos tak, aby sprowadzony przez sędzię intruz nie usłyszał wymiany pomiędzy kobietami:
— Dobrze, aby nie zapomnieli. Masz słuszność, moja droga. W ostateczności zadowolę się jednakże tym tylko, że ja będę pamiętać, kiedy prosili. — Wyprostowała się z uśmiechem ukontentowania, jakby wymieniły niewinny hermetyczny dowcip, nie złośliwą uwagę.
Dołączył do nich po chwili Anthony Shafiq — jak zawsze czarujący. Zaliczał się on do tych osób, których nachalna charyzma i wszędobylskość Mulciberowej nie mierziły. Niezależnie od tego, jakie miała o nim opinie, przyjemnej powierzchowności mu nie odmawiała, podobnie jak sztuki prowadzenia płynnej konwersacji.
Z pewnością nie postrzegała go gorzej przez pryzmat tego, jak często ich podwładni spotykali się w biurach Ministerstwa i na salach sądowych. Odkąd jej kancelaria wyspecjalizowała się w prawie handlowym — a było to przeszło dwadzieścia lat temu, na długo przed nastaniem rządów Shafiqa — stawali regularnie w szranki z Departamentem Handlu. Nie było w tym niczego osobistego. Philomena doskonale wiedziała, że po wyjściu z Ministerstwa jej pracownicy udają się ramię w ramię z prawnikami Departamentu na wspólny obiad i kielicha, a mijając się na korytarzach, gawędzą w najlepsze o osobistych perypetiach. Było to nieuniknione i stara tolerowała to tak długo, jak potrafili zachować, mimo osobistych sympatii, profesjonalizm.
Rozmowa zagajona przez Anthony’ego, choć utrzymana w lekkim tonie, ubawiła całkiem Philomenę (być może to już echa win spożywanych od początku bankietu odzywały się w starej), lecz zdecydowała się ona nadać temu inny kierunek.
— Ależ, panie Shafiq — ozdobiła swoją wypowiedź eleganckim śmiechem — niechby pan we własnej sprawie zeznawał. Czym się pan ostatnimi czasy zajmuje? Czy nie męczą aby pana nadto egzotyczne księżniczki z Kambodży?
Philomena nie była plotkarą, a z pewnością nie chciała za taką uchodzić przed obcymi. Poświęcała krążącym w towarzystwie obmowom uwagę dopiero wtedy, gdy stawały się na tyle głośne, aby szumiało o nich wszędzie.
Uwaga wtrącona przez Moody’ego jedynie ją zniesmaczyła szorstkością i brakiem wyczucia towarzyskiego, choć nie dała tego po sobie poznać żadnym gestem. Nie dała po sobie w ogóle poznać, że go usłyszała. Sytuacja miała potencjał rozwinąć się dla aurora inaczej, lecz znalazł się między nimi młodziutki Oleander.
Jego słowa o Hannibalu jedynie potwierdziły opinię mecenas o gwiazdorze Selwynów. Impertynencja i narcyzm być może miały odbić się na aktorzynie pewnego dnia, a może ujdzie mu wszystko płazem — tak również bywało, szczególnie u tych, którzy mieli wystarczająco pieniędzy.
— Muzyka zachwycała — przyznała mu łaskawie. — Obawiam się, że zachowanie Merlina — wypowiedziała to słowo z pogardą niczym obelgę — wynika z braku właściwego wychowania, nie samej sławy. Dał mi się również poznać od niekorzystnej strony, jako pyszałek.
Niewiele obchodziło ją, w jaki sposób Hannibal Selwyn potraktował nieznane jej dziewczęta. Doceniała samą okazję do podzielenia się niepochlebną opinią o delikwencie z kimś, kto ową opinię podzielał.
Zbędnym byłoby powtórzyć, że pani Mulciber obecność Aarona u boku Lorien była nie w smak. Równie zbędnym byłoby ze strony starej ponownie czynić w związku z jego osobą aluzje werbalne czy niewerbalne. Nie miała jeszcze bowiem pojęcia, że nie jest to jednorazowy wybryk; nie przykładała do niego toteż nadto uwagi.
Gdy Lorien zaoferowała swoje mądrości — słuszne skądinąd, bo publicznych gestów ocieplających wizerunek potrzebowali — Philomena zniżyła głowę i głos tak, aby sprowadzony przez sędzię intruz nie usłyszał wymiany pomiędzy kobietami:
— Dobrze, aby nie zapomnieli. Masz słuszność, moja droga. W ostateczności zadowolę się jednakże tym tylko, że ja będę pamiętać, kiedy prosili. — Wyprostowała się z uśmiechem ukontentowania, jakby wymieniły niewinny hermetyczny dowcip, nie złośliwą uwagę.
Dołączył do nich po chwili Anthony Shafiq — jak zawsze czarujący. Zaliczał się on do tych osób, których nachalna charyzma i wszędobylskość Mulciberowej nie mierziły. Niezależnie od tego, jakie miała o nim opinie, przyjemnej powierzchowności mu nie odmawiała, podobnie jak sztuki prowadzenia płynnej konwersacji.
Z pewnością nie postrzegała go gorzej przez pryzmat tego, jak często ich podwładni spotykali się w biurach Ministerstwa i na salach sądowych. Odkąd jej kancelaria wyspecjalizowała się w prawie handlowym — a było to przeszło dwadzieścia lat temu, na długo przed nastaniem rządów Shafiqa — stawali regularnie w szranki z Departamentem Handlu. Nie było w tym niczego osobistego. Philomena doskonale wiedziała, że po wyjściu z Ministerstwa jej pracownicy udają się ramię w ramię z prawnikami Departamentu na wspólny obiad i kielicha, a mijając się na korytarzach, gawędzą w najlepsze o osobistych perypetiach. Było to nieuniknione i stara tolerowała to tak długo, jak potrafili zachować, mimo osobistych sympatii, profesjonalizm.
Rozmowa zagajona przez Anthony’ego, choć utrzymana w lekkim tonie, ubawiła całkiem Philomenę (być może to już echa win spożywanych od początku bankietu odzywały się w starej), lecz zdecydowała się ona nadać temu inny kierunek.
— Ależ, panie Shafiq — ozdobiła swoją wypowiedź eleganckim śmiechem — niechby pan we własnej sprawie zeznawał. Czym się pan ostatnimi czasy zajmuje? Czy nie męczą aby pana nadto egzotyczne księżniczki z Kambodży?
Philomena nie była plotkarą, a z pewnością nie chciała za taką uchodzić przed obcymi. Poświęcała krążącym w towarzystwie obmowom uwagę dopiero wtedy, gdy stawały się na tyle głośne, aby szumiało o nich wszędzie.
Uwaga wtrącona przez Moody’ego jedynie ją zniesmaczyła szorstkością i brakiem wyczucia towarzyskiego, choć nie dała tego po sobie poznać żadnym gestem. Nie dała po sobie w ogóle poznać, że go usłyszała. Sytuacja miała potencjał rozwinąć się dla aurora inaczej, lecz znalazł się między nimi młodziutki Oleander.
Jego słowa o Hannibalu jedynie potwierdziły opinię mecenas o gwiazdorze Selwynów. Impertynencja i narcyzm być może miały odbić się na aktorzynie pewnego dnia, a może ujdzie mu wszystko płazem — tak również bywało, szczególnie u tych, którzy mieli wystarczająco pieniędzy.
— Muzyka zachwycała — przyznała mu łaskawie. — Obawiam się, że zachowanie Merlina — wypowiedziała to słowo z pogardą niczym obelgę — wynika z braku właściwego wychowania, nie samej sławy. Dał mi się również poznać od niekorzystnej strony, jako pyszałek.
Niewiele obchodziło ją, w jaki sposób Hannibal Selwyn potraktował nieznane jej dziewczęta. Doceniała samą okazję do podzielenia się niepochlebną opinią o delikwencie z kimś, kto ową opinię podzielał.
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia