09.10.2025, 21:27 ✶
Haha! A więc transformacja w oponenta była jedną dobrą taktyką. Gdyby Eliasz był strategiem ze starożytnej Grecji lub Rzymu, być może udałoby mu się jakoś wykorzystać tę chwilę zdziwienia Keyleth na swoją korzyść. Mógłby spróbować ją znokautować, cisnąć w nią zaklęciem lub po prostu uciec, a zamiast tego...
Zamiast tego stał zlękniony przy regale, modląc się w duchu o to, aby nie było mu przeznaczone dokonać żywota na tyłach ''Szklanej Alchemii''. Z jednej strony byłoby to nadzwyczaj romantyczne zakończenie jego historii: umarłby w miejscu, które szczerze kochał, ale z drugiej... Następne dwa pokolenia Bletchleyów w trakcie każdych świąt Yule wspominałoby, że mają w drzewie genealogicznym takiego jednego krewniaka, który dał się zbić w swoim własnym miejscu pracy.
Może płacz to też jakaś opcja?, pomyślał tępo, nie mając pojęcia, czego może chcieć od niego napastnik. Wydawało mu się, że nie siedział po uszy w długach, ale może zapomniał o jakimś zobowiązaniu finansowym? Może wisiał komuś kilkaset galeonów, a ten ktoś po Spalonej Nocy zdecydował się w końcu wyrównać rachunki i odebrać to, co mu się należało? Tylko kto. Kto mógłby...
Bletchley wybałuszył oczy, gdy Keyleth ponownie zaczęła się zmieniać, ale tym razem przybrała postać... Jego samego. Tylko takiego jakby... lepszego. Chyba tak właśnie by wyglądał, gdyby nie pracował tyle godzin w pracowni szklarskiej, a zamiast tego wylegiwał się całe dnie i ciągle szukał nowych wrażeń. Ta pasja w oczach. Zakrawało na obłęd prawie. Ale taki pozytywny.
— Oczywiście, że zauważyłem! To bardzo rzucający się w oczy element wyglądu! Każdy by zauważył! — sarknął, odskakując od regału i wymachując rękami, które w pewnym momencie przybrały pozę ucznia karate. Chyba widział to gdzieś na plakatach w mugolskim Londynie. Może to ją jakoś zniechęci do dalszej napaści? — A ja mam oczy... i patrzę na ludzi.
To wcale nie było tak, że nauczył się zwracać uwagę na takie rzeczy przez mentorów z czasów nauki w Hogwarcie czy własnych eksperymentów ze zmianą wyglądu. Mimo to nie potrafił ukryć zainteresowania, gdy stanął oko z... Cóż, samym sobą. Musiał oddać Keyleth jedno: miała równie dobre oko do detali co i on. Czy tak się właśnie czują ludzie, kiedy się w nich zmieniam?, pomyślał przelotnie. Wiedziony instynktem zbliżył się do Keyleth i... nacisnął mocno palcem wskazującym na jej policzek, jakby próbował sprawdzić, czy to w jakiś sposób wpłynie na metamorfomagiczną transformację.
— Niesamowite, nawet skóra odkształca się realistycznie według... No... Zasad fizyki? Praw Natury? — Przejechał parę razy palcem po jej policzku, aby zaraz zahaczyć o jej nos.
Ledwo powstrzymał się przed tym, żeby nie wsadzić jej tam palucha. Ciekawe, jaką reakcję by to wywołało? Zmianę koloru oczu? Włosów? A może dziewczyna wróciłaby do swojej oryginalnej postaci... Jaka by ona nie była.
Zamiast tego stał zlękniony przy regale, modląc się w duchu o to, aby nie było mu przeznaczone dokonać żywota na tyłach ''Szklanej Alchemii''. Z jednej strony byłoby to nadzwyczaj romantyczne zakończenie jego historii: umarłby w miejscu, które szczerze kochał, ale z drugiej... Następne dwa pokolenia Bletchleyów w trakcie każdych świąt Yule wspominałoby, że mają w drzewie genealogicznym takiego jednego krewniaka, który dał się zbić w swoim własnym miejscu pracy.
Może płacz to też jakaś opcja?, pomyślał tępo, nie mając pojęcia, czego może chcieć od niego napastnik. Wydawało mu się, że nie siedział po uszy w długach, ale może zapomniał o jakimś zobowiązaniu finansowym? Może wisiał komuś kilkaset galeonów, a ten ktoś po Spalonej Nocy zdecydował się w końcu wyrównać rachunki i odebrać to, co mu się należało? Tylko kto. Kto mógłby...
Bletchley wybałuszył oczy, gdy Keyleth ponownie zaczęła się zmieniać, ale tym razem przybrała postać... Jego samego. Tylko takiego jakby... lepszego. Chyba tak właśnie by wyglądał, gdyby nie pracował tyle godzin w pracowni szklarskiej, a zamiast tego wylegiwał się całe dnie i ciągle szukał nowych wrażeń. Ta pasja w oczach. Zakrawało na obłęd prawie. Ale taki pozytywny.
— Oczywiście, że zauważyłem! To bardzo rzucający się w oczy element wyglądu! Każdy by zauważył! — sarknął, odskakując od regału i wymachując rękami, które w pewnym momencie przybrały pozę ucznia karate. Chyba widział to gdzieś na plakatach w mugolskim Londynie. Może to ją jakoś zniechęci do dalszej napaści? — A ja mam oczy... i patrzę na ludzi.
To wcale nie było tak, że nauczył się zwracać uwagę na takie rzeczy przez mentorów z czasów nauki w Hogwarcie czy własnych eksperymentów ze zmianą wyglądu. Mimo to nie potrafił ukryć zainteresowania, gdy stanął oko z... Cóż, samym sobą. Musiał oddać Keyleth jedno: miała równie dobre oko do detali co i on. Czy tak się właśnie czują ludzie, kiedy się w nich zmieniam?, pomyślał przelotnie. Wiedziony instynktem zbliżył się do Keyleth i... nacisnął mocno palcem wskazującym na jej policzek, jakby próbował sprawdzić, czy to w jakiś sposób wpłynie na metamorfomagiczną transformację.
— Niesamowite, nawet skóra odkształca się realistycznie według... No... Zasad fizyki? Praw Natury? — Przejechał parę razy palcem po jej policzku, aby zaraz zahaczyć o jej nos.
Ledwo powstrzymał się przed tym, żeby nie wsadzić jej tam palucha. Ciekawe, jaką reakcję by to wywołało? Zmianę koloru oczu? Włosów? A może dziewczyna wróciłaby do swojej oryginalnej postaci... Jaka by ona nie była.