09.10.2025, 22:13 ✶
- I dlatego się przyjaźnimy - oświadczyła Charlotte rozpromieniona, a potem podała mu przypadkowe numery i po rozejrzeniu się Jonathan mógł dostrzec, że były to miejsca przeznaczone dla kobiety w różowej sukience i Fenwicka. - Chociaż oczywiście, jeśli jesteś tu ciekaw kogoś szczególnie, możemy złamać zasady. W końcu po to istnieją.
Charlotte nigdy nie pozwalała, aby coś takiego jak jakieś tam zasady psuło jej zabawę.
Nieco inną sprawą były klątwy czarnoksiężników.
Zajęli miejsca, Jonathan mógł nawet popatrzeć sobie na te nici, zanim pojawiła się Geraldine. Gdy wszyscy wstawali zrobiła to i Kelly, bo chociaż popsucie własnego ślubu było dla niej bardzo zabawne, nie zamierzała siać niepotrzebnego zamętu na cudzej uroczystości. I siedziała spokojnie, podczas tych – jej zdaniem – jakże nudnych modlitw, i kiedy rozpoczynały się przysięgi, ale nagle…
W jej nozdrza uderzył… zapach. Wciągnęła nieco głębiej powietrze, próbując się przekonać, czy wyobraźnia nie płata jej figla, ale zapach tylko się nasilił. Pochyliła się nieco w stronę swojego towarzysza, marszcząc brwi, i zastanawiając się, czy Jonathan się dzisiaj nie umył, ale tak naprawdę… od razu wiedziała, że nie chodziło o to, zwłaszcza że Selwyn za bardzo dbał o swoją prezencję. Znała ten woń od dawna. A nawet gdyby nie, osiadła na całym Londynie ledwo parę tygodni temu i to było naprawdę ciężko zapomnieć.
– Czujesz to? – wyszeptała mu do ucha, bardzo cicho, kiedy tam przy ołtarzu zawiązywano właśnie wstęgi. Nie przerażona jeszcze, ale skonsternowana, czy na przyjęciu weselnym właśnie ktoś bawił się czarną magią: byłoby to bardziej bezczelne niż to, co zrobili oni.
A potem zamarła.
Nikt się nie ruszał, wszyscy siedzieli zapatrzeni w ołtarz, a jednak jej uszu dobiegł dźwięk czyichś kroków. I chociaż Charlotte nie miała pojęcia, jak brzmiał odgłos kroków Voldemorta, którego imienia nie potrafiła wypowiedzieć… w jej głowie zrodziła się myśl, że oto nadchodził.
Charlotte nigdy nie pozwalała, aby coś takiego jak jakieś tam zasady psuło jej zabawę.
Nieco inną sprawą były klątwy czarnoksiężników.
Zajęli miejsca, Jonathan mógł nawet popatrzeć sobie na te nici, zanim pojawiła się Geraldine. Gdy wszyscy wstawali zrobiła to i Kelly, bo chociaż popsucie własnego ślubu było dla niej bardzo zabawne, nie zamierzała siać niepotrzebnego zamętu na cudzej uroczystości. I siedziała spokojnie, podczas tych – jej zdaniem – jakże nudnych modlitw, i kiedy rozpoczynały się przysięgi, ale nagle…
W jej nozdrza uderzył… zapach. Wciągnęła nieco głębiej powietrze, próbując się przekonać, czy wyobraźnia nie płata jej figla, ale zapach tylko się nasilił. Pochyliła się nieco w stronę swojego towarzysza, marszcząc brwi, i zastanawiając się, czy Jonathan się dzisiaj nie umył, ale tak naprawdę… od razu wiedziała, że nie chodziło o to, zwłaszcza że Selwyn za bardzo dbał o swoją prezencję. Znała ten woń od dawna. A nawet gdyby nie, osiadła na całym Londynie ledwo parę tygodni temu i to było naprawdę ciężko zapomnieć.
– Czujesz to? – wyszeptała mu do ucha, bardzo cicho, kiedy tam przy ołtarzu zawiązywano właśnie wstęgi. Nie przerażona jeszcze, ale skonsternowana, czy na przyjęciu weselnym właśnie ktoś bawił się czarną magią: byłoby to bardziej bezczelne niż to, co zrobili oni.
A potem zamarła.
Nikt się nie ruszał, wszyscy siedzieli zapatrzeni w ołtarz, a jednak jej uszu dobiegł dźwięk czyichś kroków. I chociaż Charlotte nie miała pojęcia, jak brzmiał odgłos kroków Voldemorta, którego imienia nie potrafiła wypowiedzieć… w jej głowie zrodziła się myśl, że oto nadchodził.