Na samym początku miał zamiar olać kiermasz i po prostu zostać w domu. Nie wychodzić z pokoju i przeleżeć prawie cały dzień, z przerwami na jedzenie i spacerami z Benjim. Psiak zdążył odzyskać już swoją przedpożarową energię i ochotę na zabawę, ale Spalona Noc zostawiła coś nawet w nim - kiedy nic się nie działo i wszyscy zajmowali się swoimi sprawami, Benji potrafił zrobić rundkę po całym domu i sprawdzać, czy wszyscy są i nic się nie dzieje. Przechodził z pokoju do pokoju z opuszczonymi uszami i nogami, przez chwilę wpatrywał się w każdego po kolei i po upewnieniu się, że wszystko jest w porządku, dopiero wracał do swojego legowiska i odpoczywał. I bardzo przeżywał moment, kiedy ktokolwiek wychodził do pracy, albo gdziekolwiek indziej.
Ostatecznie jednak pojawił się na kiermaszu z Hannibalem, Jonathanem i Moną, którą kojarzył jedynie jako dziewczynę jednego z braci Electry.
Ostatni kiermasz, na którym był (nawet jeśli wpadł tam tylko na chwilę i szybko zmył się do domu), był o wiele większy i przykro było patrzeć na ograniczony wybór dóbr, ale również na kartki z informacją o celu, na który zostanie przekazana część zarobków. Z drugiej strony nikogo nie powinno to dziwić - od Spalonej Nocy minęło trochę czasu, ale nie oznaczało to, że wszyscy zdążyło wrócić do normy. Ogień został ugaszony, ale zniszczenia nie zniknęły wraz z płomieniami. Zostały, a możliwości naprawienia ich były ograniczone przez czas, pieniądze i ilość ludzi, którzy faktycznie mogli te szkody naprawić. Został strach. Została nieufność. Został żal po stracie. Czy ktokolwiek mógł oczekiwać, że wszyscy będą mieli ochotę i możliwość świętowania?
-Wydaje mi się, że taka normalna powinna też zadziałać, jak się będziesz odpowiednio mocno modlił do Matki - powiedział. -A jeśli będziesz chciał spróbować jakiejś specjalnej świecy, to może nie próbuj tych, które zrobiły ostatnio furorę na Mabon - część ludzi pozytywnie oceniła jakże odważny twór młodego Mulcibera, ale Matka mogłaby nie być zadowolona, że rytuał został odprawiony z pomocą chujoświeczek.
W ich mieszkaniu, na szczęście, nie zalęgło się nic, co próbowałoby zadusić ich w środku nocy, ale ich mieszkanie nie nadawało się do użytku, dopóki nie zostanie odrestaurowane przez kogoś, kto wiedział, co robić. Westchnął.
-Mnie bardziej by się przydał jakiś dobry lekarz - mruknął, przyglądając się wystawionym na sprzedaż rzeczom.
Nie chodziło nawet o kaszel, który powracał co jakiś czas, może nie często i może nie był tak duszący, jak u niektórych, ale przypominał o tamtej nieszczęsnej nocy. Chodziło o głowę - o to, co Vol- Volde- Volb- Ugh! Sami-Wiecie-Kto z nią zrobił. Jak nie mógł nawet na niego nakląć w myślach, a co dopiero wypowiedzieć to na głos. Jakby jego własne myśli były przerażone osobą Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Nie chciał tego. Nie chciał brzmieć, jakby był przerażony. Oczywiście, nie byłby pierwszy, który wyrywałby się do pojedynku z nim, ale nie uciekałby w popłochu, gdyby ON bądź któryś z JEGO ludzi stanął naprzeciw niego. Był w końcu synem Charlotte Kelly i chrześniakiem Jonathana Selwyna. Oboje przekazali mu coś ze swoich charakterów, nawet jeśli nie zawsze było to widoczne.
-Pewnie też byś był zdesperowany, gdybyś był na ich miejscu - powiedział, ze smutkiem patrząc na zwęglone chyba jabłko, prezentowane przez Hannibala.
Sam uważał się za szczęściarza. Jego rodzina nie ucierpiała w czasie Spalonej Nocy i nawet jeśli ich mieszkanie nie nadawało się do użytku, to mieli gdzie się zatrzymać. Wraz z Jonathanem znaleźć i wynieśli nawet kilka rzeczy z mieszkania, których ogień nie zdążył zniszczyć.
-Ale może znajdziemy suszone jeszcze na innym straganie? - mówił bez większego entuzjazmu, patrząc po towarzyszach.
!Strach przed imieniem