10.10.2025, 22:36 ✶
Fleamont nie wyczuł w tym dowcipu. Obrócił te niemrawe słowa w głowie kilka razy i dotarło do niego, że chyba niewiele czuł jak na siebie. Nie było to do niego podobne. Był wulkanem. Był wybuchem, był wrzątkiem trykającym na wszystko wokół. Nienawidził samego siebie za to, jak ten żar wciągał innych, jak ich parzył, jak niszczył im życia.
Dlaczego to gorąco zniknęło?
Zadrżał, kiedy po jego plecach przebiegł zimny dreszcz i potarł dłońmi swoje ramiona, jakby chciał sam siebie rozgrzać i przytulić. Wiele by oddał za to, żeby przestać czuć się takim... pustym. Żeby przestał zionąć z niego ten nagły chłód, ale prawda była taka, że już sam coraz mocniej rozumiał, jak niewiele dawało mu ściąganie przypadkowych ludzi do swojej beznadziejnej pozycji. Nawet gdyby Thomas zmienił zdanie i dał mu to, czego Crow chciał, nie miał szans zastąpić Caina. Brak Caina był jak dziura po zębie. Puste miejsce, po którym ciągle przejeżdżał językiem i nie potrafił nie zauważać nicości, jaką pozostawił po sobie martwy auror. Dawanie mu tego czego chciał, musiało być jak pieprzenie pustej skorupy. On i Laurent byli zwyczajnie puści. Pewnie dlatego tak ich do siebie ciągnęło.
To miejsce po nim już zawsze będzie puste. Człowiek, którego kochał aż za bardzo... nie żył. I co teraz?
Czy naprawdę tak musiało wyglądać jego życie?
– Nawet gdybym chciał coś z tym zrobić – powiedział, ostatni raz zaciągając się papierosem, którego następnie zgasił o piękny, idealny, odmalowany parapet Nory Figg – to chuj mi do tego. Zajebałem temu typowi w mordę, a Geraldine wyglądała, jakby chciała mu ojebać knagę na miejscu za samo to, że się odezwał. Powiem po prostu temu kto jeszcze żyje, żeby na siebie uważał. – Potarł palcami czoło, a później wlepił nieco nieobecne spojrzenie w bruk ulicy. – Pójdę już. Może zostawię Norze kartkę, czy coś. Nie wydaje mi się, żeby była bezpieczna kiedy tu jestem. Prędzej czy później wszyscy się pokapują, że brudny jestem i pedał. – Poza tym nie chciał być tu obecny gdyby Nora powiedziała bratu, w jakich okolicznościach tego nieszczęsnego Crowa znalazła. Próby samobójcze nie należały do rzeczy, którymi lubił się chwalić.
Odetchnął głęboko i przetarł palcami miejsce, które zabrudził. Kiedy to nie pomogło, użył śliny, a później wytarł te paluchy we własne spodnie. Higiena zdecydowanie nie była czymś, z czym Crow był obyty. Mimo wszystko oczywiste było, że mówił o czystości swojej krwi.
Spróbował się do Thomasa na odchodne uśmiechnąć, ale wyszedł mu z tego co najwyżej grymas. Myśli natrętnie krążyły mu teraz wokół tego, że jak pójdzie dzisiaj spać w swoim aucie, to będzie mógł się wreszcie naćpać. A jak będzie naćpany, to dziura po Cainie zniknie. Laurent gnijący w rodzinnej posiadłości przestanie być tak nieosiągalny. Fontaine przestanie być szalona. Nie będzie się musiał zastanawiać nad tym, czy ktoś żartował, czy powinien się zaśmiać, czy jedynie potakiwać głową. Zagrożenie przestanie czyhać z każdej strony... Niby musiał być gotowy na występy, ale to nie będzie pierwszy ani ostatni raz, kiedy nie przyjdzie na nie trzeźwy. Najwyżej Alexander znowu go opierdoli, albo mu strzeli z pięści w pysk. Czasami aż się o to prosił. Gdyby Greengrass przywalił mu mocniej, rozwiązałby sporo problemów Londynu. Jeden, dobry zamach i...
Dlaczego to gorąco zniknęło?
Zadrżał, kiedy po jego plecach przebiegł zimny dreszcz i potarł dłońmi swoje ramiona, jakby chciał sam siebie rozgrzać i przytulić. Wiele by oddał za to, żeby przestać czuć się takim... pustym. Żeby przestał zionąć z niego ten nagły chłód, ale prawda była taka, że już sam coraz mocniej rozumiał, jak niewiele dawało mu ściąganie przypadkowych ludzi do swojej beznadziejnej pozycji. Nawet gdyby Thomas zmienił zdanie i dał mu to, czego Crow chciał, nie miał szans zastąpić Caina. Brak Caina był jak dziura po zębie. Puste miejsce, po którym ciągle przejeżdżał językiem i nie potrafił nie zauważać nicości, jaką pozostawił po sobie martwy auror. Dawanie mu tego czego chciał, musiało być jak pieprzenie pustej skorupy. On i Laurent byli zwyczajnie puści. Pewnie dlatego tak ich do siebie ciągnęło.
To miejsce po nim już zawsze będzie puste. Człowiek, którego kochał aż za bardzo... nie żył. I co teraz?
Czy naprawdę tak musiało wyglądać jego życie?
– Nawet gdybym chciał coś z tym zrobić – powiedział, ostatni raz zaciągając się papierosem, którego następnie zgasił o piękny, idealny, odmalowany parapet Nory Figg – to chuj mi do tego. Zajebałem temu typowi w mordę, a Geraldine wyglądała, jakby chciała mu ojebać knagę na miejscu za samo to, że się odezwał. Powiem po prostu temu kto jeszcze żyje, żeby na siebie uważał. – Potarł palcami czoło, a później wlepił nieco nieobecne spojrzenie w bruk ulicy. – Pójdę już. Może zostawię Norze kartkę, czy coś. Nie wydaje mi się, żeby była bezpieczna kiedy tu jestem. Prędzej czy później wszyscy się pokapują, że brudny jestem i pedał. – Poza tym nie chciał być tu obecny gdyby Nora powiedziała bratu, w jakich okolicznościach tego nieszczęsnego Crowa znalazła. Próby samobójcze nie należały do rzeczy, którymi lubił się chwalić.
Odetchnął głęboko i przetarł palcami miejsce, które zabrudził. Kiedy to nie pomogło, użył śliny, a później wytarł te paluchy we własne spodnie. Higiena zdecydowanie nie była czymś, z czym Crow był obyty. Mimo wszystko oczywiste było, że mówił o czystości swojej krwi.
Spróbował się do Thomasa na odchodne uśmiechnąć, ale wyszedł mu z tego co najwyżej grymas. Myśli natrętnie krążyły mu teraz wokół tego, że jak pójdzie dzisiaj spać w swoim aucie, to będzie mógł się wreszcie naćpać. A jak będzie naćpany, to dziura po Cainie zniknie. Laurent gnijący w rodzinnej posiadłości przestanie być tak nieosiągalny. Fontaine przestanie być szalona. Nie będzie się musiał zastanawiać nad tym, czy ktoś żartował, czy powinien się zaśmiać, czy jedynie potakiwać głową. Zagrożenie przestanie czyhać z każdej strony... Niby musiał być gotowy na występy, ale to nie będzie pierwszy ani ostatni raz, kiedy nie przyjdzie na nie trzeźwy. Najwyżej Alexander znowu go opierdoli, albo mu strzeli z pięści w pysk. Czasami aż się o to prosił. Gdyby Greengrass przywalił mu mocniej, rozwiązałby sporo problemów Londynu. Jeden, dobry zamach i...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.