Jennifer Yaxley była kobietą dumną, to na pewno. Być może niezbyt często pokazywała się w Londynie, oddała tę przyjemność reprezentowania ich rodziny swoim dzieciom, jednak nie zmieniało to faktu, że przez lata, gdy Gerard był jeszcze szefem Komitetu ds. Utylizacji Niebezpiecznych Stworzeń to właśnie ona pełniła główną rolę reprezentacyjną. Kilka lat temu zaszyli się jednak w Walii całkowicie i rzadko się z niej ruszali, nie uważała tego za coś złego. Pokochała Snowdonię już dawno, kiedy to ona stała się żoną człowieka z tych regionów.
Informacja o szybkich zaręczynach i rychłym ślubie spadła na nią niespodziewanie, chociaż, czy na pewno? Miała świadomość tego, że po swojej jedynej córce może się spodziewać wszystkiego, nigdy nie udało jej się jej utemperować na tyle na ile by chciała, wpływ na to miał oczywiście jej mąż, który pozwalał swojej latorośli praktycznie na wszystko, spierali się przez to od lat, tak naprawdę był to jedyny powód ich sprzeczek i wyjątkowo, jak udało jej się decydować o wszystkim innym, tak tutaj nigdy nie miała siły przebicia.
Także informacja była może niespodziewana, zaskakująca, jednak nie spowodowała u pani Yaxley zbytniej paniki, cieszyła się, że w końcu będą mieli to za sobą, chociaż jedno z ich dzieci wreszcie spełni jeden ze swoich obowiązków. Przynajmniej mieli pewność, że Ambroise tym razem nie postanowi uciec od jej problematycznej córki, a jeśli zechce to zrobić, to będzie to nieco bardziej skomplikowane. W dużej mierze obwiniała styl życia swojej latorośli za to, że ich los potoczył się w ten sposób, w jej oczach Greengrass był idealnym kandydatem na męża, powtarzała jej to od lat, zresztą do dzisiaj uważała, że to, że ich drogi się zeszły było w dużej mierze właśnie jej zasługą, i tego, że ubrała na pewien sabat swoją córkę w pewną czerwoną sukienkę.
Przygotowania do ceremonii były krótkie, szybkie, jednak bardzo owocne. Jennifer była zadowolona z tego, co udało im się osiągnąć w tak krótkim czasie, sporo bliskich ich rodzinie osób się w to zaangażowało, za co na pewno odpowiednio im podziękuje, ogromnym wsparciem okazała się Ursula Lestrange. która siedziała teraz obok niej. Kobieta doświadczona, wiedząca, czego chce, odnajdująca się w organizacji podobnych wydarzeń. Znała jej córkę i przyszłego zięcia, potrafiła przewidzieć ich oczekiwania, nie wiedzieć czemu wydawało jej się nawet, że rozumiała Geraldine lepiej od niej, sama Jennifer nadal czasem miewała z tym problem, mimo tego, że była jej matką.
Godzina ceremonii się zbliżała, szmery powoli cichły, w pewnej chwili dźwięk, który przebijał się przez otoczenie był głównie szumem drzew, tych samych, które znajdowały się tutaj kiedy to ona kroczyła w białej sukni do ołtarza. Wiedziała czego się spodziewać, sama to kiedyś przeżyła, a później uczestniczyła w wielu podobnych, rodzinnych ceremoniach, ich przebieg nie był dla niej tajemnicą, być może nie wszyscy z gości mieli możliwość uczestniczenia w podobnym ślubie, jednak Yaxleyowie bardzo cenili sobie swoją przeszłość, tradycję, więc nie powinno nikogo dziwić, że właśnie w taki sposób miało to przebiec.
Pan Młody pojawił się na ołtarzu, Jennifer posłała mu pokrzepiający uśmiech, nie wyglądał na zdenerwowanego, jednak wydawało jej się to całkiem normalnym gestem. Gdy usłyszała sygnał rozchodzący się w powietrzu wstała i odwróciła się tak jak i wszyscy, by spojrzeć na swojego męża i córkę wkraczających między gości. Nie mogła zaprzeczyć, że Geraldine wyglądała wyjątkowo dobrze jak na siebie, wiele razy powtarzała jej, że powinna zrzucić z siebie te swoje skórzane spodnie i za duże koszule, jednak ta nie chciała jej słuchać, kobieta miała wrażenie, że wtedy wszystko byłoby prostsze i już dawno mieliby ten ślub za sobą (jakby faktycznie to zależało od ubrań).
Poczuła na sobie spojrzenie Ursuli, tak, nie musiała nic mówić, doskonale zdawała sobie sprawę o co jej chodzi. Gerard Yaxley wybrał swój najbardziej oficjalny, myśliwy strój, ozdobiony zwierzęcymi elementami strój, w którym na pewno było mu wyjątkowo ciepło, zważając na te wszystkie warstwy ubrań, jednak na to nie miała zbyt wielkiego wpływu. Gdy sobie coś ubzdurał (tak, jak z tymi dzikami), to nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Wzruszyła więc jedynie ramionami w odpowiedzi na spojrzenie kobiety, która siedziała obok niej.
Gerard doprowadził ich córkę do ołtarza, chwilę później znalazł się u jej boku. Jennifer wpatrywała się w Ambroise'a i Geraldine, którzy pasowali do tego miejsca jak ulał. Mimo, że rzadko kiedy pozwalała sobie na okazywanie emocji, to jej usta drgnęły w uśmiechu, naprawdę była zadowolona z tego, że w końcu jedno z jej dzieci miało rozpocząć nową drogę z kimś, kto wydawał się je uszczęśliwiać, a to wcale nie było takie oczywiste w ich kręgach.
Usłyszała szept Ursuli, odpowiedziała jej równie cicho, tak, by do nikogo poza nimi nie miał szansy dotrzeć jej głos. - Nie da się temu zaprzeczyć, wyglądają wyjątkowo. - Było coś niesamowitego w tym widoku, majestatycznego.
Kapłan zaczął mówić, Jennifer była osobą dla której wiara miała swoje znaczenie, nie spodziewała się tego, że Macmillan, który miał prowadzić ceremonię znał jej córkę i jej wybranka, nie miała do końca świadomości w jakich kręgach się obracali, jednak gdy wygłosił swoją przemowę poczuła dumę, gdyby ktoś się jej teraz przyjrzał mógłby dostrzec nawet jedną pojedynczą łzę, która spłynęła po jej policzku.
Nadszedł moment zaplatania wstęgi na rękach pary młodej, była to chwila, w której wiedziała, że będzie musiała pojawić się na ołtarzu, aby sama zawiązać jedną z nich. Uważała te tradycje za istotne, ważne było, aby wiedzieli skąd pochodzą, pamiętali o swojej przynależności, nie zrezygnowali z tych obyczajów, na szczęście.
Gdy zaplotła swoją wstęgę wróciła na miejsce ze swoim mężem u boku. Majestatyczną chwilę przerwał dźwięk, głos dziecka, które się odezwało, gdzieś z tyłu. Wiadomo, dzieci były bardzo słodkimi istotami, nad którymi trudno było zapanować, jednak były miejsca i chwile, w których powinno się skupić na tym, aby nie przeszkadzały i to była właśnie jedna z takich chwil. Jennifer odwróciła głowę, nie zrobiła tego dyskretnie, o nie, chciała, by opiekuni dzieci poczuli na sobie jej niezadowolone spojrzenie, bo te dzieci właśnie zakłócały porządek podczas jednej z najważniejszej chwili w życiu jej dzieci.