11.10.2025, 15:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2025, 15:47 przez Bard Beedle.)
Reakcja na list, który Duncan Mulciber otrzymał od matki Charlotte w czerwcu 1971 roku.
List opatrzono oficjalną pieczęcią rodu Mulciber. Skreśliła go dłoń stateczna, pismem eleganckim, ale prostym.
Charlotte,
Nieraz siadam w rodzinnej galerii, przypatrując się portretom naszych przodków. Szukam w nich tego samego, czego zwykłem szukać w twarzach mych potomków. Nie rodzinnego podobieństwa, które widać na pierwszy rzut oka, lecz czegoś tuż pod powierzchnią, czegoś dostępnego dopiero wtedy, gdy zdrapiesz powierzchowną warstwę starego werniksu, odsłaniając pociągnięcia pędzla. Niedoskonałość impastów, kładzionych warstwami kolorów, które mieszając się ze sobą, tworzą rys człowieka.
Wiem, żeś obdarzona talentem widzenia aur, przewiduję więc, że zrozumiesz, co mam na myśli.
Gdyby jednak chodziło tylko o kolory, nie różnilibyśmy się od parzących się ze sobą psów. Psów, które krzyżuje się po to, aby uzyskać najbardziej pożądane cechy rasy, odpowiednią maść, charakter. Wiele miałem w życiu psów, Charlotte. Za młodu, podarowałem Twemu ojcu wyżła, którego zabierał ze sobą na każde polowanie. Thaddeus bliższy był mi wiekiem niż mój rodzony brat, Francis, z którego kpiliśmy czasem, przyznaję z żalem, ale i z sentymentem, przywilejem okrutnej młodości. Młodości, która przekonana jest o swej niezniszczalności. A jednak wszyscy troje wypuszczaliśmy się w okoliczne lasy, słuchając ujadania psów tropiących, brzuchami wycierając ściółkę. Śmiałem się z nich obojgu, tak z Thaddeusa, jak i z Francisa, gdy nie chcieli zapuszczać się głębiej w las, zbyt gęsty, by dało się przeniknąć go wzrokiem. Bo gdy ja szedłem bez strachu dalej, oni, chcąc nie chcąc, podążać musieli za mną w leśne ostępy, klnąc przy tym na czym świat stoi.
A teraz obaj podążyli gdzieś, gdzie nie sięga mój dalekosiężny wzrok, zostawiając mnie w tyle, żeby zbadać ostępy, w które w swoim czasie podążyć musi każda żyjąca istota. A dla mnie wciąż są przecież głupimi chłopcami, którzy gubili się na wydeptanej ścieżynie.
Powiedz mi, czy czujesz się zagubiona, Charlotte?
Patrzę na portrety Mulciberów, szukając w nich podobieństwa do mojej własnej twarzy. Szukam w nich tego, co widzę, gdy spoglądam w lustro. Linie śmiechu wokół oczu, kiedy słyszę dobry kawał. Krnąbrna zmarszczka między brwiami, gdy odczuwam pogardę. Sposób, w jaki ciemnieją mi oczy, gdym gniewny.
Patrzę na portrety, i zastanawiam się, czy istnieje coś, co łączy je wszystkie?
Przekleństwo, fatalna wada, jak pęknięcie w farbie, przebiegające przez sam środek obrazu, jak przez sam środek duszy. A może jest to coś, co przypomina bardziej linię życia, wytyczoną na mym ręku przez żonę. Może jest to dar, któryśmy wszyscy obdarzeni, błogosławieństwo, które spadło na naszą rodzinę.
Myślę, że wiem, co łączy wszystkich Mulciberów. Zbyt dumni jesteśmy, aby przyznać się do naszych wad. Jak ten kamień, na którym wzniesiono nasz dom, prędzej skruszymy się, niż ugniemy. Cóż więc mam powiedzieć krnąbrnej córce, która ucieka z domu ojca i matki? Bogowie obdarzyli mnie wyłącznie synami, choć doświadczyłem czułej miłości, z jaką tylko córka kochać może ojca, bom szczęśliwy mieć w życiu ludzi, którym bliski jestem tak, jak bliski może być tylko ojciec. Sam swojego utraciłem wcześnie, być może dlatego próbowałem go zastąpić dla tak wielu. Nie próbuję go zastąpić Tobie, Charlotte, niepokojące docierają do mnie jednak wieści na Twój temat.
Pamiętam, że uspokoiłaś się, kiedy ująłem Cię płaczącą w ramiona na ceremonii Twych chrzcin. Śmiałem się, że to dlatego, że z wysokości moich ramion mogłaś zobaczyć najwięcej: małe Twoje rączki wyciągały się w stronę obrazów, jakie widziałaś na ścianach kowenu, a potem na ścianach Mulciber Manor. Skierowałem dziś spojrzenie w stronę portretu Twego ojca, Charlotte. Chciałbym ujrzeć twarz córki Thaddeusa. Córki mego stryjecznego brata.
Może i teraz pomogę Ci odnaleźć spokój. Musisz jedynie wrócić na ścieżkę, która z lasu wyprowadzi Cię do domu naszych przodków.
Odkryj wiadomość pozafabularną
List opatrzono oficjalną pieczęcią rodu Mulciber. Skreśliła go dłoń stateczna, pismem eleganckim, ale prostym.
czerwiec 1971 roku, Mulciber Manor
Charlotte,
Nieraz siadam w rodzinnej galerii, przypatrując się portretom naszych przodków. Szukam w nich tego samego, czego zwykłem szukać w twarzach mych potomków. Nie rodzinnego podobieństwa, które widać na pierwszy rzut oka, lecz czegoś tuż pod powierzchnią, czegoś dostępnego dopiero wtedy, gdy zdrapiesz powierzchowną warstwę starego werniksu, odsłaniając pociągnięcia pędzla. Niedoskonałość impastów, kładzionych warstwami kolorów, które mieszając się ze sobą, tworzą rys człowieka.
Wiem, żeś obdarzona talentem widzenia aur, przewiduję więc, że zrozumiesz, co mam na myśli.
Gdyby jednak chodziło tylko o kolory, nie różnilibyśmy się od parzących się ze sobą psów. Psów, które krzyżuje się po to, aby uzyskać najbardziej pożądane cechy rasy, odpowiednią maść, charakter. Wiele miałem w życiu psów, Charlotte. Za młodu, podarowałem Twemu ojcu wyżła, którego zabierał ze sobą na każde polowanie. Thaddeus bliższy był mi wiekiem niż mój rodzony brat, Francis, z którego kpiliśmy czasem, przyznaję z żalem, ale i z sentymentem, przywilejem okrutnej młodości. Młodości, która przekonana jest o swej niezniszczalności. A jednak wszyscy troje wypuszczaliśmy się w okoliczne lasy, słuchając ujadania psów tropiących, brzuchami wycierając ściółkę. Śmiałem się z nich obojgu, tak z Thaddeusa, jak i z Francisa, gdy nie chcieli zapuszczać się głębiej w las, zbyt gęsty, by dało się przeniknąć go wzrokiem. Bo gdy ja szedłem bez strachu dalej, oni, chcąc nie chcąc, podążać musieli za mną w leśne ostępy, klnąc przy tym na czym świat stoi.
A teraz obaj podążyli gdzieś, gdzie nie sięga mój dalekosiężny wzrok, zostawiając mnie w tyle, żeby zbadać ostępy, w które w swoim czasie podążyć musi każda żyjąca istota. A dla mnie wciąż są przecież głupimi chłopcami, którzy gubili się na wydeptanej ścieżynie.
Powiedz mi, czy czujesz się zagubiona, Charlotte?
Patrzę na portrety Mulciberów, szukając w nich podobieństwa do mojej własnej twarzy. Szukam w nich tego, co widzę, gdy spoglądam w lustro. Linie śmiechu wokół oczu, kiedy słyszę dobry kawał. Krnąbrna zmarszczka między brwiami, gdy odczuwam pogardę. Sposób, w jaki ciemnieją mi oczy, gdym gniewny.
Patrzę na portrety, i zastanawiam się, czy istnieje coś, co łączy je wszystkie?
Przekleństwo, fatalna wada, jak pęknięcie w farbie, przebiegające przez sam środek obrazu, jak przez sam środek duszy. A może jest to coś, co przypomina bardziej linię życia, wytyczoną na mym ręku przez żonę. Może jest to dar, któryśmy wszyscy obdarzeni, błogosławieństwo, które spadło na naszą rodzinę.
Myślę, że wiem, co łączy wszystkich Mulciberów. Zbyt dumni jesteśmy, aby przyznać się do naszych wad. Jak ten kamień, na którym wzniesiono nasz dom, prędzej skruszymy się, niż ugniemy. Cóż więc mam powiedzieć krnąbrnej córce, która ucieka z domu ojca i matki? Bogowie obdarzyli mnie wyłącznie synami, choć doświadczyłem czułej miłości, z jaką tylko córka kochać może ojca, bom szczęśliwy mieć w życiu ludzi, którym bliski jestem tak, jak bliski może być tylko ojciec. Sam swojego utraciłem wcześnie, być może dlatego próbowałem go zastąpić dla tak wielu. Nie próbuję go zastąpić Tobie, Charlotte, niepokojące docierają do mnie jednak wieści na Twój temat.
Pamiętam, że uspokoiłaś się, kiedy ująłem Cię płaczącą w ramiona na ceremonii Twych chrzcin. Śmiałem się, że to dlatego, że z wysokości moich ramion mogłaś zobaczyć najwięcej: małe Twoje rączki wyciągały się w stronę obrazów, jakie widziałaś na ścianach kowenu, a potem na ścianach Mulciber Manor. Skierowałem dziś spojrzenie w stronę portretu Twego ojca, Charlotte. Chciałbym ujrzeć twarz córki Thaddeusa. Córki mego stryjecznego brata.
Może i teraz pomogę Ci odnaleźć spokój. Musisz jedynie wrócić na ścieżkę, która z lasu wyprowadzi Cię do domu naszych przodków.
Duncan Mulciber
by Lorraine Malfoy